W styczniu bieżącego roku Polska Izba Gospodarcza Energii Odnawialnej zorganizowała dwie ważne debaty poświęcone Odnawialnym Źródłom Energii: „Ocena oddziaływania na środowisko energetyki wiatrowej” oraz „Projekt  ustawy o Odnawialnych Źródłach Energii”. Poruszone w nich kwestie i wnioski przedstawiamy w rozmowie z wiceprezesem PIGEO, Tomaszem Podgajniakiem.

 

Michał Kaczmarczyk: W styczniu PIGEO zorganizowało debatę nt. „Oceny oddziaływania na  środowisko energetyki wiatrowej”. Jakie wnioski  nasuwają się Panu po tej dyskusji?

 

Tomasz Podgajniak: Mamy do czynienia ze stanem  sporej niewiedzy, nie tylko wśród społeczeństwa, ale  także specjalistów, którzy zajmują się oceną skutków  środowiskowych. Przejawia się to w nieumiejętności  identy? kowania rzeczywistych, istotnych aspektów  środowiskowych i zdrowotnych, a także racjonalnej i  obiektywnej oceny innych aspektów związanych  z działaniem farm wiatrowych. Eksponowane są natomiast zagrożenia nieistotne lub wręcz nieistniejące.  W przestrzeni publicznej funkcjonuje przy tym kilka  mitów, powielanych, czasem na zasadzie „głuchego  telefonu”, w wielu publikacjach. Nie mówi się natomiast o tym, co jest najbardziej istotne.

 

MK: Wciąż pokutuje opinia: farma wiatrowa tak,  ale nie obok mojego domu. Poruszmy kwestię  oddziaływania farm wiatrowych na społeczności  zamieszkujące ich pobliże, mam na myśli hałas,  wpływ infradźwięków i tzw. efekt stroboskopowy. Odpowiednia odległość farmy od zabudowań  rozwiązuje ten problem, niemniej wciąż pojawiają się obawy…

 

TP: Najbardziej rozpowszechnionym w tej chwili  mitem jest ryzyko pojawienia się czegoś, co nazywane jest „chorobą wibroakustyczną” i rzekomo ta  choroba jest skutkiem oddziaływania infradźwięków  emitowanych przez turbiny wiatrowe. Jednak taka  jednostka chorobowa w nomenklaturze medycznej  nie istnieje i nie ma potwierdzonych naukowo dowodów, które uprawniałyby do analizowania takiego  ryzyka. Termin pojawił się w sporadycznych badaniach prowadzonych przez naukowców za granicą, na  populacjach obejmujących kilkadziesiąt osób. Z epidemiologicznego punktu widzenia, są to populacje  zbyt małe, żeby można było wyciągnąć uprawnione  wnioski medyczne. Jest to jednak jeden z najczęściej rozpowszechnianych mitów przez przeciwników farm  wiatrowych, m.in. lobby energetyki konwencjonalnej,  które obawia się utraty wpływów i władzy. Obserwujemy oddziaływanie elektrowni wiatrowych na środowisko przy istniejących i zarządzanych przez nas  farmach wiatrowych: Cisów (farma działa od 11 lat)  i Tymień (działa od 7 lat). Okoliczni mieszkańcy nie  odczuwają dolegliwości charakteryzujących rzekomo  „chorobę wibroakustyczną”.  Warto dodać, że we wspomnianych publikacjach  mieszane są z reguły informacje o oddziaływaniu infradźwięków (dźwięki o częstotliwości poniżej 20 Hz)  na zdrowie ludzi na stanowiskach pracy (np. dotyczy  to operatorów maszyn ciężkich) z opisem skutków  infradźwięków obecnych powszechnie w środowisku, a pochodzących z mnóstwa źródeł. Warto więc  wskazać, że natężenie tych wibracji w odległości  powiedzmy 350 m od wiatraka jest co najmniej 100  tysięcy razy słabsze niż dozwolone na stanowisku  pracy (jak wynika z praw ? zyki, natężenie każdej fali  maleje do kwadratu odległości). Są to oddziaływania  dla większości ludzi nieodczuwalne. Drugi mit, o którym Pan wspomniał, to efekt stroboskopowy. Jest to oddziaływanie migoczącego  światła, odbijającego się od łopat elektrowni wiatrowej, mylnie często utożsamianie z oddziaływaniem  ruchomego cienia wywoływanego przez wirujące łopaty śmigła. W warunkach polskich, przy takim, a nie  innym położeniu słońca nad horyzontem, jeżeli efekt  stroboskopowy czy efekt migotania cienia w ogóle  występuje, trwa od 5 do 10 minut na dobę (czas  oddziaływania na pojedynczy, stacjonarny obiekt).  Nowoczesne elektrownie mają śmigła pokrywane  farbami nieodbijającymi światła, więc w zasadzie  pozostaje kwestia ruchomego cienia. W Polsce brak  normy, która określałaby dopuszczalny czas jego oddziaływania, Niemcy taką normę wprowadzili, a czas  wynosi 30 minut – mieścimy się zatem w normie. Co do hałasu. Zgodnie z polskim prawem, a jesteśmy krajem, który ma bardzo  restrykcyjne wymagania ochrony przed  hałasem, musimy zadbać, aby hałas  emitowany przez turbinę wiatrową nie  przekraczał 40–45 dB w miejscu, gdzie  przebywa stale jego potencjalny odbiorca. Jest to poziom szumu wywoływanego przez liście, z kolei np. szczekanie psa  z sąsiedniego gospodarstwa znacznie  ten poziom przekracza. Podam kolejny  przykład: kiedy w małym pomieszczeniu  zamkniętym rozmawiają więcej niż we  dwie osoby, to poziom hałasu przekracza 60 dB. Z modeli, które stosujemy, ale też  z pomiarów rzeczywistych oddziaływań  wynika, że minimalna bezpieczna odległość wiatraka od zabudowy to 350–400  m. Nie znam przykładu parku wiatrowego, w którym określona w pozwoleniach  odległość od zabudowy mieszkalnej  byłaby mniejsza. Dowodzi to, że mamy  do czynienia z mitem nie tylko co do  szkodliwego oddziaływania infradźwięków, ale także hałasu.  

 

MK: Ekolodzy często poruszają  kwestię negatywnego wpływu farm  wiatrowych na populację ptaków…

 

TP: Paradoksalnie to dzięki inwestycjom  w energetykę wiatrową przeprowadzono  w ostatnich latach kilkaset badań ornitologicznych i chiropterologicznych, obejmujących wielosezonowe obserwacje  ptaków i nietoperzy w rejonach lokalizacji przyszłych parków wiatrowych. Mamy  więc dziś zdecydowanie większą wiedzę  na temat krajowej populacji ptaków, ich  zwyczajów, czy korytarzy migracyjnych,  niż mieliśmy pięć, sześć lat temu. Środowisko ornitologiczne mocno skorzystało  na tych działaniach. Strumień pieniędzy,  który do nich tra? ł, proszę mi wierzyć –  nie mówię tego pejoratywnie, pozwolił  na s? nansowanie wielu ciekawych prac  badawczych i zgromadzenie nowych  doświadczeń, co w istotnym stopniu  poprawiło metodykę obserwacji. Bardzo  się cieszę, że tak się stało. Uważam, że  są to dodatkowe korzyści społeczne,  które w każdym procesie inwestycyjnym  MAMY DO CZYNIENIA ZE STANEM  SPOREJ NIEWIEDZY, NIE TYLKO  WŚRÓD SPOŁECZEŃSTWA, ALE  TAKŻE SPECJALISTÓW, KTÓRZY  ZAJMUJĄ SIĘ OCENĄ SKUTKÓW  ŚRODOWISKOWYCH. EKSPONOWANE SĄ ZAGROŻENIA NIEISTOTNE LUB WRĘCZ NIEISTNIEJĄCE.  mogą się pojawiać, jeżeli ten proces jest  dobrze prowadzony. Wracając do kwestii  śmiertelności ptaków, wiemy w efekcie  tych badań, że wpływ farm wiatrowych  jest relatywnie niewielki. W odniesieniu  do prawidłowo zlokalizowanych parków  wskaźnik śmiertelności nie przekracza  dwóch, trzech przypadków w ciągu roku  na turbinę. Jeżeli zestawimy te dane ze  śmiertelnością ptaków wywołaną kolizjami na liniach energetycznych, przez zderzenie z budynkami, autami czy wreszcie  z powodów naturalnych, to okazuje się,  że elektrownie wiatrowe są na odległym  miejscu w tej statystyce. Poza tym ptaki nie są głupie, analizują przeszkody, które  napotykają na swojej drodze i z czasem  uczą się omijać je, co obserwujemy na  farmach, które już eksploatujemy. Istotne  jest, aby w procesie przygotowywania inwestycji rzetelnie identy? kować  potencjalne oddziaływania i lokalizować  turbiny w bezpiecznej odległości od tras  przelotu (np. z dala od dolin rzecznych  czy szpalerów drzew) oraz od lęgowisk  i żerowisk. Chciałbym jednocześnie podkreślić, że  wszystkie farmy wiatrowe są obecnie  zobowiązane do tzw. monitoringu poinwestycyjnego. Parki, które realizuję czy nadzoruję – także. Właśnie podpisujemy  umowę na trzyletni monitoring dla nowo  wybudowanej farmy wiatrowej. W tym  wypadku zastosujemy nowatorską metodę – monitoring będzie prowadzony  z zastosowaniem radaru, co pozwoli na  obserwację ptaków w odległości 15 km  od farmy. Dodam, że radar wykrywa ptaki  o wadze od 40 g masy ciała.

 

MK: Jak odniesie się Pan do opinii, że  farmy wiatrowe szpecą krajobraz?
 

TP: Oczywiście jest to kwestia subiektywna. Jednym się to podoba, inni kręcą  nosem. Budowa wiatraków stanowi  niewątpliwie ingerencję w krajobraz, tak  jak i każda inna działalność budowlana.  Ale, jeżeli akceptujemy w przestrzeni  różne obiekty, które służą człowiekowi,  jak linie energetyczne, farmy tuczu, budynki mieszkalne czy drogi, to dlaczego  nie akceptujemy elektrowni wiatrowych,  które produkują czystą energię? Zresztą  co do zasady, stawiamy je przede wszystkim na otwartych, płaskich terenach, tam  gdzie wiatr wieje w sposób niezakłócony,  a te tereny z punktu widzenia walorów  estetycznych z reguły są mało interesujące i nie podlegają żadnym reżimom  ochronnym. Najbardziej cieszą nasze  oko pofałdowane tereny z mozaiką pól,  poprzecinane szpalerami drzew, a to  miejsca nieatrakcyjne dla wiatraków.  

 

MK: Po Pana słowach można dojść  do wniosku, że obawy ekologów są  nieuzasadnione…
 

TP: Na pewno jak każda działalność ludzka, budowa farmy wiatrowej jest ingerencją w środowisko, dlatego musi podlegać  określonym reżimom prawnym. Po to  wymagana jest ocena oddziaływania na  środowisko, żeby zbadać, czy konkretny  projekt, w konkretnym miejscu może być  zlokalizowany, jeżeli tak, to na jakich warunkach można go zrealizować. W decyzji  środowiskowej określa się np. dozwoloną  liczbę turbin, ich lokalizację, minimalną  odległość od zabudowy, odległość od  ściany lasu i od linii drogi zadrzewionej,  która może być miejscem żerowania nietoperzy, odległość od oczek wodnych itd.  Istnieje szereg kryteriów, które dobrze  zlokalizowana elektrownia wiatrowa  musi spełnić i trzeba przyznać, że  w ciągu ostatnich pięciu, sześciu lat  bardzo mocno rozwinęły się metodyki  wykonywania tych ocen, gwarantując  obecnie, że wybudowany park wiatrowy nie będzie stanowił zagrożenia dla  środowiska. MOŻE SIĘ ZA CHWILĘ OKAZAĆ,  ŻE ABY ZREALIZOWAĆ ZOBOWIĄZANIA UNIJNE, KONIECZNA JEST  KOLEJNA ZMIANA PRAWA. TYLKO  PO CO TO CAŁE ZAMIESZANIE?  JEST TO TEŻ CZYNNIK, KTÓRY  OBNIŻA WIARYGODNOŚĆ POLSKI  JAKO MIEJSCA INWESTZCJI.

 

MK: Przejdźmy do projektu ustawy  o Odnawialnych Źródłach Energii.  Kluczową kwestią jest fakt zniesienia  obowiązku zakupu energii wyprodukowanej z OZE, zachowując go w  formie mocno ograniczonej dla mikroinstalacji. Druga rzecz, to zmiana  zasady ?nansowania inwestycji już  zrealizowanych. Mam na myśli wartość  certy?katów, których cena nadal nie  będzie gwarantowana, a dodatkowo  ma być pomniejszana o średnią cenę  sprzedaży energii elektrycznej na  rynku w poprzednim roku kalendarzowym…

 

TP: Zacznijmy od tego, że ustawa miała  za zadanie transponować dyrektywę  2009/28/WE w sprawie promowania  stosowania energii ze źródeł odnawialnych, ale tego niestety nie czyni. Gdyby  nie ten obowiązek, ja za taką ustawą bym  nie tęsknił. Z mojego punktu widzenia, system, który funkcjonował do tej  pory, pod warunkiem, że byłby bardziej  perspektywicznie opisany, poza rok 2017,  był dobry. Wywołał ruch inwestycyjny,  zaczęliśmy doganiać wskaźniki produkcji  energii ze źródeł odnawialnych, które  sami przyjęliśmy…  Gdy myśleliśmy o systemie wsparcia  w 2004 roku, a projekt systemu skrystalizował się w roku 2005, mieliśmy niespełna 3% udziału OZE w całkowitej podaży  energii, z czego większość wytwarzały  elektrownie wodne wybudowane  w latach 60. i 70. ubiegłego wieku. Zastanawialiśmy się wtedy, czy cel 7,5% na rok  2010 jest celem wykonalnym. Okazało się,  że jest realny, a nawet trochę go przekroczyliśmy, przynajmniej jeżeli chodzi  o całkowitą podaż energii ?nalnej, we  wszystkich jej aspektach, także produkcji  ciepła i paliw płynnych. Jeżeli natomiast  chodzi o elektroenergetykę, osiągnęliśmy  poziom, który założyliśmy w 2004 roku,  czyli system zadziałał. Teraz nasze cele  są bardziej ambitne, do 2020 roku udział  podaży z OZE w całkowitej konsumpcji  energii ?nalnej powinien sięgnąć 15,5%,  natomiast w elektroenergetyce – 19%.  Musimy zatem zwielokrotnić tempo procesów inwestycyjnych, bo zostało nam  zaledwie 8 lat do wykonania tych zadań. Tymczasem, projekt ustawy, a raczej trójpaku energetycznego, na który składa się  Prawo energetyczne, Prawo gazowe  i ustawa o odnawialnych źródłach energii,  które trzeba czytać łącznie, fundamentalnie zmienia zasady wsparcia, likwidując  zwłaszcza jeden ? lar, na którym do tej  pory opierała się cała ?lozo?i a funkcjonowania systemu, a więc obowiązek zakupu  energii z OZE przez spółki dystrybucyjne.  W tym momencie źródła małe będą miały  poważne problemy ze sprzedażą energii,  nie będą w stanie konkurować na rynku  i stracą podstawę bytu. Projektodawcy  proponują jednocześnie nowe zasady,  teoretycznie sensowne, ale zastosowane  z gracją drwala. Chodzi mianowicie  o powiązanie ceny zielonego certy?katu  z ceną energii „czarnej” w taki sposób, że  im wyższa będzie cena energii „czarnej”,  tym tańszy będzie zielony certy?kat. Co  do idei, ja się z tym pomysłem identy?kuję, tzn. jestem w stanie przyjąć, że docelowo certy?kat będzie wart zero, ponieważ  w którymś momencie musimy przestać  ?nansować sektor OZE. Nie może być on  w nieskończoność dotowany, gdyż z ekonomicznego punktu widzenia nie ma to  sensu i kiedyś musi zacząć bronić się sam.  Technologie OZE w perspektywie  10 lat, góra 15 lat powinny na tyle stanieć,  aby konkurować z energetyką konwencjonalną, która z kolei będzie drożeć, bo  potrzebuje pieniędzy na modernizację  i nakładamy na nią ograniczenia emisyjne. Ustawa została jednak tak zaprojektowana, że nie ma gwarancji pozyskania  zielonego certy?katu, bo nie ma gwarancji zakupu energii, a zatem nie uda  się skonstruować żadnego sensownego  biznes planu i zaplanować przychodów.  Jest to typowo polska próba wymyślania na nowo koła. W innych krajach Unii  Europejskiej znane są i z powodzeniem  stosowane metody, które realizują wspomnianą wcześniej zasadę, a jednocześnie  są znacznie mniej skomplikowane  i bardziej przewidywalne. Wystarczy po  te doświadczenia sięgnąć.

 

MK: Bez wątpienia brak cen gwarantowanych to zła informacja dla sektora  bankowego, zaangażowanego w realizację projektów OZE. Czy konsekwencją może być wycofanie kapitału?
 

TP: Banki są przerażone, bo w ostatnich  latach według moich szacunków zainwestowano 3 mld euro w samą energetykę wiatrową, z czego znaczna część to  kredyty bankowe. Gdyby teraz okazało się,  że te jednostki wiatrowe nie są w stanie  sprzedać produkowanej energii, to znaczy,  że nie będą w stanie spłacić zaciągniętych  kredytów. Banki mają z tym kłopot, bo pojawia się ryzyko powstania portfela „złych  kredytów”. Nawet jeżeli przejmą inwestycje od operatorów, to sytuacja będzie dla  nich tak samo zła, ponieważ będą mieli  elektrownie wiatrowe, a nie będą mogli  sprzedać energii, którą one wyprodukują,  a nabywców na ten majątek i za racjonalną cenę może być trudno znaleźć. Jest to  zmiana dramatyczna, która może wywołać  poważne tąpnięcie w sektorze. Może się  za chwilę okazać, że aby zrealizować nasze  cele i zobowiązania unijne, konieczna jest  kolejna zmiana prawa. Tylko po co to całe  zamieszanie? Jest to też czynnik, który  obniża wiarygodność Polski jako miejsca  inwestycji nie tylko w sektorze OZE, ale  każdym innym, który chcielibyśmy rozwijać w myśl naszej strategii gospodarczej.  Instytucje ?nansowe podnoszą larum, a to  przecież one bezpośrednio współpracują  z inwestorami. Doprowadzimy do sytuacji,  w której komitety ryzyka będą przekazywać inwestorowi informację: „nie damy Ci  kredytu na inwestycję w Polsce, bo niestety ten kraj jest nieprzewidywalny”.

 

MK: Jedną z kluczowych zmian jest  wprowadzenie współczynników  korekcyjnych, które ma okresowo  ustalać Minister Gospodarki. Jak Pan  ocenia konsekwencje z tego płynące?

 

TP: Współczynniki korekcyjne mają pewien sens, ale przy założeniu, że prawidłowo identy?kujemy koszty produkcji  energii w poszczególnych sektorach i że  stosowane są one do inwestycji planowych, a nie do zrealizowanych czy w toku  realizacji.  PROPONOWANY PROJEKT USTAWY W ŻADNYM WYPADKU NIE  PRZYCZYNI SIĘ DO ROZWOJU OZE  W POLSCE. TĘ USTAWĘ NALEŻY  NAPISAĆ OD NOWA, TRZEBA CAŁKOWICIE PRZEMYŚLEĆ I ZWERYFIKOWAĆ FILOZOFIĘ, KTÓRA LEGŁA  U JEJ PODSTAW. , a nie do zrealizowanych czy w toku  realizacji. Proszę przy tym zwrócić uwagę  na schizofreniczne głosy z tego samego resortu. Kiedy mówi się o potrzebie  rozwoju energetyki jądrowej, można  usłyszeć, że energetyka odnawialna jest  bardzo droga, a najdroższa jest energetyka wiatrowa, bo koszt uzyskania energii  jest wielokrotnie wyższy, niż w przypadku elektrowni jądrowej. Kiedy jednak  planuje się współczynniki korekcyjne, to  pojawia się informacja, że koszt produkcji energii z elektrowni wiatrowych jest  porównywalny, a może nawet niższy niż  w przypadku współspalania i najniższy  w całym sektorze OZE. Jak chcemy uzasadnić jedną rzecz, to mówimy jedno, jak  drugą, to mówimy co innego. Taki brak  szacunku dla faktów jest porażający.

 

MK: W projekcie ustawy brak kryteriów korzystania z odnawialnych  źródeł w sposób zrównoważony. Czy  współczynniki korekcyjne spełnią tę  rolę?

 

TP: To są dwie różne kwestie. Oczywiście  współczynniki korekcyjne miałyby sens,  gdyby rzeczywiście mocniej wspierały rozwój sektorów, które dziś słabiej  bronią się na rynku, jak np. fotowoltaika.  Biorąc pod uwagę koszty inwestycyjne  i racjonalne stopy zwrotu nakładów,  ale też i postęp technologiczny w tej  dziedzinie, który obserwujemy, można  stwierdzić, że w krótkiej perspektywie  czasu stanie się ona konkurencyjna. Dziś  powinniśmy więc dawać wsparcie takim  rozwiązaniom, aby w przyszłości obroniły  się same. Według mojej opinii należy  wycofywać wsparcie dla OZE w perspektywie kilkunastu lat, ale teraz trzeba je  zapewnić na stabilnym poziomie.  W tym sensie współczynniki korekcyjne  są usprawiedliwione.  Natomiast kryteria zrównoważonego  rozwoju odnoszą się do generalnej oceny  skutków środowiskowych, w szczególności w przypadku biopaliw, które powinny  być wykorzystywane, produkowane i pozyskiwane tak, aby przy okazji uzyskiwać  rzeczywistą redukcję emisji gazów szklarniowych czy chronić obszary o dużych walorach przyrodniczych. Takich kryteriów w  projekcie ustawy nie znajdziemy.

 

MK: Czy Pana zdaniem zapisy ustawy  mogą ograniczyć dostęp do zawodu instalatora? Chodzi mi przede  wszystkim o wymagane trzy lata  doświadczenia i konieczność udziału  w szkoleniu.

 

TP: Państwo po raz kolejny usiłuje  decydować kogo ja, jako inwestor, mam  zatrudnić. To jest zresztą bardzo ciekawe,  bo pan premier wielokrotnie i myślę, że  całkowicie szczerze deklarował, że jego  konikiem jest deregulacja i ograniczenie  liczby zawodów reglamentowanych.  W projekcie ustawy pojawiają się natomiast, niewymagane przez dyrektywę  2009/28/WE, bariery w dostępie do zawodu instalatora. W dyrektywie wymaga się  jedynie, aby państwa zapewniły instalatorom niedyskryminujący dostęp do  systemu certy?kacji po to, aby instalator  mógł konkurować na rynku, pokazując,  że spełnia określone wymagania jakościowe, że posiada wiedzę w tym zakresie, umie rzetelnie wykonywać instalacje  i że to zostało sprawdzone przez jednostkę godną zaufania, czyli jednostkę  certy?kującą.  Tymczasem my odwracamy całą logikę  systemu mówiąc „nie wejdziesz na  rynek jak nie będziesz miał certyfikatu,  a żeby to zrobić, musisz udowodnić,  że pracujesz 3 lata w branży i że masz  kierunkowe wykształcenie techniczne”.  Więc np. doktor filozofii, który nauczył  się instalować panele fotowoltaiczne  i dzięki temu przestał być bezrobotnym  doktorem filozofii, a stał się „pożytecznym” członkiem naszej społeczności,  traci szansę realizowania zleceń, bo  nie ma kierunkowego wykształcenia.  No przecież to jest chore. Po co to  wszystko? Po to, aby firmy szkoleniowe  i Urząd Dozoru Technicznego, który na  gwałt szuka pola dla swojej aktywności, zyskały nowe źródła przychodów.  Społeczeństwo natomiast i cała grupa  dostawców mikrourządzeń dostaną  cios znienacka od Państwa, utrudniający im działalność, podnoszący koszty  i ograniczający rozwój rynku.

 

 MK: Podczas debaty zorganizowanej  przez PIGEO powiedział Pan:  „W naszym przekonaniu, w przekonaniu nie tylko PIGEO, ale też organizacji  zrzeszonych w PRK OZE proponowany  projekt ustawy w żadnym wypadku  nie przyczyni się do rozwoju sektora  odnawialnych źródeł energii w Polsce.  Będzie wręcz przeciwnie”. Zakończyły  się konsultacje, a wygląda na to, że  projekt zamiast poprawiać, należy  napisać od nowa…

 

TP: Jestem zdania, że tę ustawę należy  napisać od nowa, trzeba całkowicie  przemyśleć i zwery?kować ?lozo?ę, która  legła u jej podstaw. Nieprzypadkowo  dyrektywa 2009/28/WE mówi o promocji  OZE. Słowo promocja w naszej ustawie  się nie znalazło i nawet jeżeli nie jest to  typowe „freudowskie” zaniechanie, to  dużo mówi o sposobie myślenia ludzi,  którzy tę ustawę przygotowali. Zawsze  chcemy być mądrzejsi i coś udziwnić.  To też efekt totalnego braku zaufania  wszystkich do każdego.  Natomiast podejście do zmian systemu  wsparcia nazwałbym brakiem honoru,  o ile państwa mają w ogóle taką cechę.  Bo jeżeli państwo coś powiedziało inwestorom pięć, sześć lat temu, a potem  potwierdziło to w Polityce Energetycznej Polski do 2030 roku i Krajowym  Planie Działania, to ja to traktuję jako  poważną obietnicę poważnych władz  odpowiedzialnego kraju. Jeżeli teraz to  samo państwo prokuruje projekt ustawy, który te wszystkie obietnice  i deklaracje przekreśla i jeszcze udaje,  że wszystko jest w porządku, to jak to  nazwać? Polityką…?

 

MK: Dziękuję za rozmowę.

 

 

Z Tomaszem Podgajniakiem,  wiceprezesem PIGEO, rozmawiał  Michał Kaczmarczyk.  

 

 

Czytaj całość w GlobEnergia 2/2012