W samych Stanach Zjednoczonych Ameryki w ciągu zaledwie dwóch dni zostanie oddanych do użytku więcej paneli PV, niż wszystkich planowanych projektów gromadzenia energii z fal na całym świecie do roku 2020.

Przeczytajmy nagłówek jednego z artykułów BBC i zgadnijmy, w którym roku została napisana ta historia: „Odsłonięcie generatora energii pływów okrzykniętego kamieniem milowym OZE.” Albo ten prosto z czasopisma Forbes: „Energia pływów może być następną wielką falą innowacji.”
Nie, to nie są słowa z 2006 roku, kiedy dosłownie tuziny start-up’ów poszukujących szansy wzbogacenia się, śmiało głosiły, jak to fale oraz pływy mają szansę być kolejnym przebojem w przemyśle energetycznym. Powyższe nagłówki reprezentują chwilę obecną, podczas gdy odważne zapewnienia sprzed niemalże dekady praktycznie minęły się z prawdą.
Prawie dziesięć lat po gwałtownym wzroście zainteresowania w dziedzinie morskich technologii energetycznych, przemysł nie był w stanie przezwyciężyć poważnych problemów natury zarówno technicznej jak i finansowej. W rezultacie, wszelkie instalacje wciąż pozostają w skali pilotażowej, a finansowanie zostało w dużej mierze ograniczone do programów rządowych dedykowanych na rzecz testowania i demonstracji.
Co więcej, nowe prognozy od Bloomberg New Energy Finance (BNEF) pokazują, że rynek energii morskiej będzie nieskuteczny w nadchodzących latach.
Według BNEF, oczekuje się, że elektrownie pływowe uzyskają łącznie 148 megawatów do 2020 roku, czyli aż o 11 procent mniej w porównaniu z zeszłorocznymi prognozami. Natomiast instalacje generujące moc z energii fali będą jeszcze słabsze, przy oczekiwanej globalnej zdolności do 21 MW do końca dekady – aż o 72 procent rewizji w dół od wcześniejszych rokowań.
Aby skuteczniej to sobie uzmysłowić i umieścić fakty w dobitnej perspektywie: SolarCity co siedemnaście dni instaluje w USA więcej paneli fotowoltaicznych niż liczebność całej globalnej bazy instalacji opartych na energii falowania do roku 2020.
Obietnica omawianej technologii jest kusząca. Międzynarodowa Agencja Energii szacuje, że fale mogą teoretycznie zapewnić 29,500 terawatogodzin rocznie, i pływy z potencjałem produkcyjnym ponad 1,200 terawatogodzin rocznie. To nieco więcej niż całkowita ilość zużywanej energii pierwotnej w USA.
Lecz komercyjnych wdrożeń, obiecanych na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat, w dużej mierze nie udało się urzeczywistnić. Pomiędzy latami 2007 i 2010, liczne „przełomowe” projekty skasowano z powodu wadliwego sprzętu i wysokich kosztów.
W 2009 roku, po tym jak AquaBuOY zatonął u wybrzeży Oregonu, firma Finavera Renewables zdecydowała się całkowicie opuścić wodny rynek i skupić na wietrze. W tym samym roku, Pelamis Wave Power zamknęła największy na świecie projekt ujarzmienia fal u wybrzeży Portugalii z powodu problemów technicznych, aż ostatecznie porzuciła przedsięwzięcie po tym, jak inwestorzy wycofali się w środku kryzysu finansowego. Pelamis nadal pracuje nad swoją przypominającą węża maszyną w placówce badawczej w Szkocji, niedawno uderzając okrągłe 10.000 godzin pracy, ale nie była już w stanie zbudować kolejnego projektu na skalę komercyjną.
Liczni inni stanęli w obliczu podobnych udręk. Po czternastu latach i zainwestowaniu bagatela 30.000.000 dolarów, Verdant Power wciąż nie stworzyła swojej hydrokinetycznej konstrukcji w cieśninie East River. Kilka lat temu, PG & E było zmuszone do zawieszenia na czas nieokreślony swojego programu testowania energii fal ze względu na koszty. A w lipcu, Ocean Power Technologies odwołał „komercyjnie nieopłacalny” falowy projekt 62-megawatów u wybrzeży Australii.
Ten rok przyniósł także upadłość jednego dewelopera oraz dalsze opóźnienia projektów uwarunkowane ekonomicznie.
„Ostrożność jest koniecznością, ponieważ wprowadzając urządzenie o małej skali na etapie pokazowym do fazy wczesnokomercyjnej okazuje się jeszcze bardziej kosztowne i czasochłonne, niżby wiele firm – i ich inwestorów – oczekiwało,” powiedział starszy analityk BNEF Angus McCrone w odniesieniu do opublikowania nowych prognoz.
Wielu przemysłowych gigantów, takich jak Alstom, Lockheed Martin czy Siemens wykorzystywało nadarzające się możliwości inwestycyjne, aby odnieść sukces i zdominować odnawialne źródło energii morskiej. Ale tylko należąca do Siemens 1,2-MW strumieniowa turbina pływowa, zwana SeaGen, jest jedną z niewielu operacyjnych sukcesów spośród wielkiej trójki.
Zmagania w energetyce morskiej są nieco podobne do tych w systemie skoncentrowanej energii słonecznej (ang. CSP – Concentrated Solar Power). Chociaż potencjał generacji jest teoretycznie bardzo duży, to koszty inwestycyjne oraz ograniczenia łańcucha dostaw są często wygórowane. Uzyskanie zaangażowania dużych firm przemysłowych jest na pewno konieczne w celu rozwiązania tych problemów; Jednak i to nie gwarantuje, że dzięki nim biznes wypali, gdyż istnieją bariery, których zwyczajnie nie sposób obejść. W ostatnich latach, znakomita większość liczących się graczy w dziedzinie rozwoju dużych elektrowni porzuciło swoje projekty w technologii CSP.
Morskie odnawialne źródła energii są znacząco obciążone dodatkowym wyzwaniem, ponieważ technologie na nich bazujące muszą być wdrażane w najtrudniejszych warunkach panujących na Ziemi, co tworzy kosztowne niedogodności eksploatacyjne.
Michael Liebreich, prezes BNEF, wyjaśnił dlaczego te przeciwności przyćmiewają potencjalny „boom” na odnawialne źródła energii morskiej, czyniąc go dalekim od zapewnień: „Bez cienia zwątpienia istnieją warunki oraz możliwości, aby sprzęt był naprawdę niezawodny, jak nieustannie udowadnia nam to przemysł naftowy i gazowniczy na platformach wiertniczych oddalonych dziesiątki kilometrów od brzegu, ale tego typu rozwiązania do tanich zdecydowanie nie należą. W dodatku należy umieścić potężne ilość stali i betonu w wodzie, co z natury jest ekstremalnie drogie. Nadal pozostaje niejasny fakt, czy można tego dokonać w konkurencyjnej cenie do morskiej energetyki wiatrowej (ang. offshore wind), nie mówiąc już o innych technologiach pozyskujących czystą energię„, powiedział.

Opracowanie: Dastin Adamowski KN OZE „Grzała”
Źródło: Greentech Media www.greentechmedia.com