Ministerstwo Rozwoju krytycznie oceniło projekt rozporządzenia resortu energii w sprawie tzw. obowiązku OZE, czyli kupowania zielonych certyfikatów. Resort Morawieckiego domaga się szczegółowej oceny skutków tej regulacji. Przypomina, że producenci zielonej energii już dostali po kieszeni – w 2016 roku ich straty sięgnęły aż 3 mld zł. Minister Rozwoju uważa, że utrudnianie działalności prosumentom, którzy i tak od kilku lat ponoszą straty, jest bezsensowne.

Niespójne opinie pomiędzy resortami

Według piątkowego „Pulsu Biznesu”, powołującego się na opinie przesłane w ramach międzyresortowych uzgodnień,  Ministerstwo Energii zaproponowało obowiązek OZE w wysokości 17,5 proc. w 2018 roku. To o 2,1 pkt. proc. więcej niż w roku bieżącym, lecz mniej niż przewiduje ustawa, czyli 19,35 procent.

Im większy obowiązek OZE, tym droższe zielone certyfikaty

W 2020 roku, zgodnie z wymogami Unii Europejskiej, 20 proc. energii w kraju ma pochodzić z OZE. Im wyższa wartość obowiązku OZE, tym wyższa cena zielonych certyfikatów. Im niższy obowiązek OZE – tym niższa cena energii elektrycznej, wyjaśnia Puls Biznesu. Branża krytykuje projekt resortu, zwracając uwagę na nadpodaż zielonych certyfikatów, skutkującą spadkiem ich cen.  Ustalenie obowiązku OZE na poziomie 19,35 proc. rekomenduje też Bank Ochrony Środowiska. On również ocenia, że skala nadpodaży zielonych certyfikatów jest zbyt duża, by planowany wcześniej poziom 17,5 proc. mógł przywrócić równowagę rynkową.

Walka z nadpodażą uprawnień majątkowych dla producentów OZE

Celem wprowadzenia kontrowersyjnej nowelizacji ustawy o OZE (tzw. druku 1733) było ograniczenie nadpodaży tzw. zielonych certyfikatów, czyli uprawnień majątkowych przeznaczonych dla producentów energii pochodzącej ze źródeł odnawialnych. Sprzedawca energii elektrycznej ma obowiązek wykupić te certyfikaty dla prosumenta, bądź zamiast tego uiścić tzw. opłatę zastępczą. Przedtem wysokość tej opłaty nie miały górnego ograniczenia. Na podstawie zmian wprowadzonych przez nowelizację została ustalona jej maksymalna wartość, co mocno ograniczy zyski prosumentów i inwestorów.

Podciąć skrzydła branży OZE, ponieważ „zbyt szybko się rozwija

Głównym celem ustawy jest zatem znaczne zmniejszenie wsparcia dla producentów energii ze źródeł odnawialnych. Minister Energii podkreśla, że branża OZE w Polsce rozwija się „zbyt szybko w porównaniu do przyjętej ścieżki„. Wskutek tego energia odnawialna (zwłaszcza energia wiatru) staje się coraz bardziej konkurencyjna wobec węgla. Skutki takiego procesu są obserwowane np. w Wielkiej Brytanii, gdzie energetyka węglowa obecnie odpowiada zaledwie za 2 procent wytwarzanej energii. Można się zatem domyślać, że ograniczanie wsparcia dla OZE jest jednym z elementów mających na celu poprawienie sytuacji energetyki węglowej. Minister Energii tłumaczy jednak, że nowelizacja jest wyrazem troski o interesy końcowego odbiorcy energii. Zdaniem szefa resortu, zmniejszenie wsparcia dla OZE spowoduje oszczędności dla obywateli płacących za prąd. Czy jest tak w rzeczywistości? Według wyliczeń, po wprowadzeniu nowelizacji ustawy o OZE przeciętne gospodarstwo domowe zaoszczędzi zaledwie 10 złotych w skali roku. Najwięcej zyskają natomiast spółki zajmujące się sprzedażą prądu, m. in. Energa, które miały znaczny wpływ na tworzenie projektu ustawy.

Źrodło: Business Insider, Puls Biznesu

Redakcja GLOBEnergia