Senackie komisje nie zgłosiły poprawek do nowelizacji ustawy o OZE, tzw. druku 1733. Mimo, że od jego uchwalenia nie minęło wiele czasu, widoczne są już pierwsze skutki. Jednym z nich jest wzrost akcji spółki Energa na giełdzie. Z wielu stron słychać uzasadnione obawy, że wprowadzone zmiany zaszkodzą branży energii odnawialnej – szczególnie energetyce wiatrowej, której w praktyce dotyczą zielone certyfikaty.

Kto straci: inwestorzy energii wiatrowej

Dlaczego energetyka wiatrowa jest prawdopodobnie najbardziej zagrożona przez nową ustawę? Jednym z powodów jest fakt, że do tej pory odpowiadała za największy odsetek energii odnawialnej produkowanej w Polsce. Wsparcie udzielane w postaci świadectw pochodzenia energii – tzw. zielonych certyfikatów oferowało inwestorom zyski ze sprzedaży tych uprawnień. Ustalenie górnej granicy wysokości opłaty zastępczej, wypłacanej dla prosumenta przez firmę zajmującą się sprzedażą i dostarczaniem energii zmniejszy zyski inwestorów.

Ponieważ energetyka wiatrowa wiąże się z obiektami o dużej mocy, to właśnie dla tej gałęzi OZE wystawiano najwięcej certyfikatów. Generuje ona również największe zyski. Opłata zastępcza, wynosząca obecnie 300 zł/MWh będzie „ceną maksymalną, jaką mogą uzyskać wytwórcy energii odnawialnej w zamian za prawa majątkowe”. Takie rozwiązanie nie tylko ograniczy zyski obecnych prosumentów, ale również zniechęci potencjalnych inwestorów.

Komu (i dlaczego) przeszkadzają wiatraki

Jeśli istnieje wydajne źródło energii, umożliwiające jej produkcji taniej niż miałoby to miejsce w przypadku produkcji energii z węgla, takie źródło stanowi poważne zagrożenie dla lobby węglowego. Dlaczego produkcja energii wiatrowej jest opłacalna? Konstrukcja turbiny wiatrowej jest znacznie prostsza i tańsza niż elektrowni węglowej. Nie wymaga kupowania paliwa, stosowania instalacji odpylających i oczyszczających spaliny. Jest mniej awaryjna. Nie stanowi znaczącego zagrożenia dla stanu środowiska, więc nie wymaga płacenia opłat np. za odprowadzanie gazów do powietrza. Inwestycja w farmę wiatrową zwraca się znacznie szybciej, niż zwrot inwestycji w wybudowanie elektrowni węglowej. To wszystko sprawia, że elektrownie wiatrowe są atrakcyjną alternatywą. Przykład Wielkiej Brytanii, gdzie energia wiatrowa i fotowoltaika zdominowały rynek tak mocno, że obecnie tylko 2% energii produkowane jest z węgla dobitnie o tym świadczy. Jakie zatem jest rozwiązanie mające na celu ochronę interesów spółek węglowych i sprzedających energię? Maksymalnie utrudnić zysk inwestorom energii wiatrowej.

Ochrona interesów spółek, nie konsumentów

Zdaniem PSEW ograniczona opłata zastępcza uniemożliwi wzrost notowań zielonych certyfikatów. Na podstawie prognoz stwierdzono, że w 2018 roku wysokość opłaty zastępczej będzie wynosić ok. 56 zł/MWh – znacznie mniej, niż dotychczasowe 300,03 zł. Będzie to skutkowało znacznym spadkiem zysków dla prosumentów. Skorzysta branża węglowa (osłabiona konkurencja) oraz spółki zajmujące się sprzedażą energii. Będą one uiszczać wytwórcom energii odnawialnej znacznie niższą opłatę zastępczą, niż do tej pory. Ministerstwo Energii usprawiedliwia się ochroną interesów odbiorcy prądu. Twierdzi, że z powodu wsparcia udzielonego branży OZE przeciętne gospodarstwo domowe płaciło za prąd o 10 zł więcej w skali roku, co osłabiło gospodarkę, ponieważ „te pieniądze mogły zostać wydane na coś innego”. Łatwo się jednak domyślić, że 10 zł rocznie to nie jest wygórowana cena płacona przez konsumenta za czystą energię. Znacznie wyższe są koszty negatywnych efektów zdrowotnych spowodowanych zanieczyszczeniem powietrza.

Niebezpieczna mieszanka: interwencjonizm i urynkowienie

Połączenie interwencjonizmu państwowego (ustalenie górnej granicy opłaty zastępczej) z urynkowieniem (wysokość opłaty równa 125% średnich rocznych jej notowań) jest niebezpieczne. Jednocześnie wystawia ten instrument na zagrożenia związane ze zmiennością rynku, jak i uniemożliwia jego wzrost. Konstruktywny interwencjonizm w branży OZE powinien polegać na udzielaniu sensownego wsparcia, natomiast konstruktywny liberalizm – na zezwoleniu prosumentom na rozwój bez zbędnych utrudnień. W tej sytuacji zamiast połączenia konstruktywnego interwencjonizmu i liberalizmu mamy do czynienia z celowym ograniczeniem wsparcia – zarówno ze strony regulacji, jak utrudnieniem funkcjonowania na rynku.

Inflacja zamiast uregulowania nadpodaży

Eksperci przewidują, że uchwalenie nowelizacji ustawy o OZE skutkować będzie jeszcze większą nadpodażą zielonych certyfikatów, jednak tym razem w połączeniu ze spadkiem ich wartości. Nie jest to zatem rozwiązanie problemów trapiących rynek uprawnień majątkowych, a jedynie sposób na zmniejszenie wydatków spółek energetycznych.

Trudno spekulować na temat możliwości „dogonienia Europy” (szczególnie Skandynawii, Holandii czy Wielkiej Brytanii) pod względem udziału energii z OZE, gdy zamiast progresu następuje uwstecznianie się. Kontrowersyjny druk 1733 to nie pierwsza ustawa atakująca energetykę wiatrową. Wiele problemów spowodowała tzw. ustawa odległościowa, wnosząca wymagania co do odległości farm wiatrowych od zabudowań.  Obecnie regres związany jest teraz nie tylko z ustawą odległościową, znacznie utrudniającą wytyczanie obszarów pod nowe farmy wiatrowe, ale również z rynkiem uprawnień majątkowych. Zmieniające się regulacje prawne, niekorzystne dla branży OZE są paradoksem. W czasach, gdy dotacje są używane do zwiększenia ilości produkowanej energii odnawialnej i gdy zanieczyszczenie powietrza staje się coraz większym problemem, niekorzystne ustawy są krokiem w tył. Skutecznie zmniejszają szansę Polski na dorównanie krajom Europy Zachodniej, a zarazem – na czystsze powietrze.

Źródło: www.businessalert.pl