Niemcy, które od paru lat sukcesywnie realizują założenia polityki „Energiewende” zastępując udział przede wszystkim energii atomowej w miksie energetycznym tą, pochodzącą ze źródeł odnawialnych stają właśnie przed poważnym pytaniem o sens „energetycznej transformacji”. Jako główny producent OZE w Europie od lat promowały zielone rozwiązania, które dzisiaj poważnie „namieszały” w ich gospodarce. Jaka jest prawda o opłacalności tych inwestycji?

Całkowite odejście od atomu w perspektywie najbliższych 9 lat, wzrost udziału OZE nawet do 80% w 2050, wzrost efektywności energetycznej, rozbudowa sieci przesyłowych i budowa elektrowni konwencjonalnych (koniecznych do wspierania procesu inwestycji w OZE) to założenia strategii energetycznej z 2011 roku. Jak podaje EIA w tym właśnie roku Niemcy były liderem produkcji energii wiatrowej i biopaliw w Europie oraz produkowały najwięcej energii słonecznej na świecie. Jednak już rok później koszty finansowania OZE wzrosły o 1,69 eurocenta/kWh. Pytanie, czy inwestowanie z takim rozmachem w zieloną energię nie wiąże się z produkowaniem kosztów, z których później niemiecka gospodarka się nie podniesie?

Oto fakty na temat niemieckiej „ściany”. Minister ochrony środowiska Niemiec Peter Altmaier ostrzegł (wywiad z lutego 2013 r.), że wdrażana obecnie reforma energetyczna w Niemczech może do końca lat 30-tych XXI wieku pochłonąć

w Niemczech nawet bilion euro dopłat, jeżeli rząd nie podejmie kroków zaradczych. Chodzi o coraz wyższe koszty subwencji dla elektrowni wiatrowych i słonecznych. Altmaier stwierdził, że jeżeli Niemcy pozostaną bierni, to koszty eksplodują do gigantycznego poziomu i wylicza, że już do 2022 r. suma tych kosztów może osiągnąć pułap 680 mld euro. Niemiecki minister gospodarki Philipp Roesler zaproponował też w lutym 2013 r. wprowadzenie „hamulca cen energii”- propozycja przewiduje zamrożenie w 2014 r. na obecnym poziomie (5,28 eurocentów) dopłaty do każdej kilowatogodziny uzyskanej z energii odnawialnej. Obaj ministrowie chcą ponadto ograniczyć subwencje dla nowych elektrowni produkujących „zielony prąd”. Duże elektrownie wiatrowe i słoneczne miałyby w przyszłości podlegać zasadom rynkowym. Plan Altmaiera i Roeslera przewiduje też ograniczenie ulg dla zakładów przemysłu ciężkiego, które obecnie korzystają z taniego prądu.

Pytanie, dlaczego Niemcy zderzają się z tym problemem w tak radykalny sposób? Otóż dlatego, że ceny energii na giełdach energetycznych spadają, rośnie wysokość subwencji dla producentów, a tym samym rosną również ceny prądu dla konsumentów. W tym miejscu należy powiedzieć, że ceny za prąd w Niemczech są już jednymi z największych w Europie i wynoszą ponad 15,00 UScent/ KWh, podczas gdy w Polsce 9,00, a w Chinach tylko 7,00 UScent/KWh (dane Instytut Kościuszki). Niemcy ostrzegają, że ceny za prąd dzięki energetyce odnawialnej doszły u nich już do cen maksymalnych a wiedzą, że drogi prąd to drogi produkt, który nie będzie konkurencyjny z towarem na przykład chińskim. Czy Polska chce iść tą drogą i wyprowadzić całe branże za granicę, gdzie będzie tani prąd, a w kraju mieć bezrobocie w imię „wyprodukowanego” przez ekologów dla tych potrzeb światowego problemu walki z CO2?

Popatrzmy na to także ze strony niemieckich firm. Problem drogich produktów związanych z inwestycjami w zielone energie szczególnie zaniepokoił Siemens AG, którego Rada Nadzorcza po otrzymaniu przez spółkę drugiej z kolei negatywnej rekomendacji odwołała swojego dotychczasowego dyrektora naczelnego – Petera Loeschera. Dyrektor, który między innymi w związku z przykładaniem dużej wagi do fotowoltaiki przyczynił się do znaczącego obniżenia prognozowanych zysków firmy, został zastąpiony na swoim stanowisku przez Joe Kaesera, dotychczas odpowiedzialnego za sprawy finansowe. Jak to się stało, że zielona polityka przyniosła Siemens ogromne straty?

Polityka firmy forsowana przez Loeschera prowadziła do przekształcenia Siemensa w – jak sam go nazwał – „giganta zielonej infrastruktury” poprzez m.in. inwestycje w technologię solarną. Zainwestował 418 mln USD w solarne systemy z Izraela i zwiększył udziały we włoskim Archimede Solar Energy. Inwestycje napotkały jednak na nieprzyjazny grunt związany z kryzysem w strefie Euro oraz napływem tanich rozwiązań z Chin. Spółka założyła osiągnięcie 12% zysków, które w maju tego roku na skutek niepowodzeń m.in. w tym właśnie obszarze zmuszona była obniżyć. Nieosiągnięcie tego 12% pułapu znacząco osłabiło konkurencyjność firmy, która deklaruje teraz definitywne odejście od fotowoltaiki.

Podobnie postąpił także niemiecki Bosh, który po zanotowaniu strat rzędu miliarda EUR i negatywnych prognozach związanych z inwestycjami na rynku energii słonecznej lawinowo rezygnował z kolejnych swoich przedsięwzięć, a to inwestycji na terytorium Malezji, a to fabryki we Francji. Przyczyniła się do tego, tak jak w poprzednim przypadku, nadpodaż paneli fotowoltaicznych na rynku (szczególnie tych z Chin), priorytetowe subwencjonowanie energii słonecznej, a później zmniejszenie dopłat do OZE. Niemcy, które ogłosiły ambitny program 80% udziału OZE w miksie do 2050 roku, forsowały ogromne i nieprzemyślane dopłaty do energii słonecznej (50% dotacji przypadających na OZE dla sektora odpowiadającego za 3% produkcję prądu), zmuszone były zmniejszyć ich pułap (nowelizacja ustawy), czego efekt widać między innymi na przykładzie spółek Siemens i Bosh. Możliwe, że skutki „zielonej rewolucji” będą jeszcze długo odbijać się echem na zyskach wielu innych niemieckich firm.

Minusem strategii energetycznej rewolucji jest więc po pierwsze jej rewolucyjność. Szybkość poczynionych zmian uniemożliwiła racjonalną ocenę potencjalnych kosztów takich działań w odniesieniu do obecnej sytuacji międzynarodowej oraz na rodzimym, europejskim rynku. Ocenę tę oraz realizację założeń niemieckiego planu utrudnia także wielość podmiotów zaangażowanych w przeprowadzanie reformy oraz spory na poziomie rządowym i ministerialnym. Uczciwy bilans zysków i strat niemieckiej „gry w zielone” potrzebny jest więc natychmiast zarówno obywatelom, którzy płacą za prąd wygórowane stawki, firmom energetycznym, jak również całej UE, która od wielu lat popiera zielone inwestycje i dąży do eliminacji węgla z krajowych bilansów energetycznych. Przykład Niemiec w modelowy sposób pokazuje, jak przejścia energetycznego przeprowadzać się nie powinno, a także stawia pytanie o sens wyśrubowanych unijnych celów związanych z czystą energią. To jednak temat na osobne rozważania.
Prof. Zbigniew Kasztelewicz
Źródło: Instytut Kościuszki