To pięknie położone miasteczko (ang. „town”; w tutejszych realiach – całkiem spore) – pozbawione jest dostępu do odwiertów geotermalnych – wydajne znajdują się po drugiej stronie zatoki, zaś skały w bezpośrednim pobliżu miasta – są bardzo słabo przepuszczalne. Budynki są więc ogrzewane energią elektryczną. Przez lata było to znakomite rozwiązanie – miejscowość posiadała na własne potrzeby pobliską elektrownię wodną, dostarczana energia była bardzo tania. W pewnym jednak momencie instalacja zmieniła swojego właściciela – z własności władz lokalnych stała się częścią większej firmy. Ta jako swój zasadniczy cel stawia zysk, stąd mieszkańcy w trybie natychmiastowym zaczęli otrzymywać wyższe rachunki za prąd, które wzrosły tym bardziej, gdy po zmianie prawa sprzedawca doliczył dodatkowe koszty przesyłu energii –  głównie z elektrowni oddalonej o kilka kilometrów…

Mieszkańcy biedy raczej nie cierpią, energia wciąż jest tańsza niż w Polsce. Mimo wszystko, wspomnienie dawnych cen w porównaniu z obecnymi – boli, zwłaszcza na północy chłodnego kraju – do koła podbiegunowego tylko kilkadziesiąt kilometrów. Dziś farmerzy płacą rachunki opiewające na kwoty rzędu jednego tysiąca złotych miesięcznie, właściciele domów zapewne sporo mniej, ale wciąż wiele więcej, niż w latach minionych. A wszystko przez jedną transakcję, która przecież fizycznie nic nie zmieniła – elektrownia gdzie stała – stoi, sieć przesyłowa – gdzie była – jest, konsumpcja energii utrzymana na raczej stałym poziomie…
Tematem przewodnim dyskusji na temat cen energii w Polsce pozostaje kwestia opłat za emisję do atmosfery dwutlenku węgla. Jednak czy zastanawiamy się, jak na rachunki za prąd wpływa struktura własności podmiotów dystrybuujących energię elektryczną oraz opłaty dodatkowe? Czy wprowadzenie konkurencji, na potrzeby której utworzono kilku dystrybutorów energii elektrycznej – nie utknęło przypadkiem w martwym punkcie oligopolu? Z jednej strony Urząd Regulacji Energetyki ma wpływ na poziom cen energii na rynku, ale z drugiej strony – to tylko jedna ze składowych rachunku, jaki otrzymują miliony polskich obywateli – opłaty stałe, zmienne, dodatkowe… Długo by wymieniać. Moim osobistym ulubieńcem pozostaje, różnie ujmowana, „opłata za OZE” – ciekawe, czy zostanie wprowadzona osobna „opłata za atom” lub „opłata za nowy blok węglowy w elektrowni X”…

Przysłowie głosi, że mądry Polak po szkodzie – ale czy szkoda musi być własna? Możemy wykorzystać doświadczenie innych społeczeństw, w tym specyficznego przypadku Islandii, by opracować własny, najlepszy sposób rozwiązania problemów, utrzymania równowagi.

Podróżujemy po Europie, podróżujemy po świecie – widzimy, że w Polsce jeszcze wiele jest do zrobienia, bardzo dużo do zbudowania. Inne kraje przeszły już drogę do celów, do których i my zmierzamy – drogę, która nieraz była kręta, wyboista, ze ślepymi zaułkami. Jesteśmy innowacyjni, jednak nie jesteśmy w wielu branżach pionierami – mamy możliwość uczenia się na cudzych błędach – możemy wiele zakrętów ominąć, szybko doganiając czołówkę – i mamy to zupełnie za darmo.

Bartłomiej Ciapała

Źródło: GLOBEnergia Plus 6/2016


POBIERZ DARMOWĄ APLIKACJĘ MOBILNĄ GLOBEnergia Plus i czytaj cały artykuł już dziś!

appstore        google play

Redakcja GLOBEnergia

Anna Będkowska

Redaktor prowadzący GLOBEnergia