Niedawno pojawiła się informacja na temat pretensji Invenergy względem Polski. Zmiana stanowiska rządu w sprawie rozwoju energetyki wiatrowej zaskutkowała wielkimi stratami finansowymi firmy. Co jest źródłem problemów branży i jaką rolę w całej sytuacji pełni Tauron?

Właściwie najważniejszym powodem jest spadek wartości zielonych certyfikatów. W naszym kraju „wiatrowa” generacja energii wiąże się z wysokimi kosztami, które nie mogą być zrekompensowane samą jej sprzedażą. Tutaj ogromną rolę odgrywały certyfikaty – firmy eneretyczne były zobligowane do zakupienia odpowiedniej ich ilości. Miało to być niejako „przeciwwagą” dla szkodliwej działalności elektrownii. Problem polega na tym, że początkowo ich sprzedaż ta okazała się aż zbyt opłacalna. Przybywało wytwórców zielonej energii, przez co certyfikaty zalały rynek. Cena spadła z poziomu prawie 300 złotych do kilkudziesięciu, powodując, że inwestycje oparte na ich „produkcji” straciły ekonomicznie sens bytu.

Przedsiębiorstwem, które szczególnie mocno wpadło w tarapaty związane z całą sytuacją był Tauron.

Początkowo podległa im firma „Polska Energia — Pierwsza Kompania Handlowa” zawiązała korzystne dla niej umowy z wytwórcami zielonej energii. Były one o około 15-20% niższe niż ówczesne, rynkowe ceny. Po jakimś czasie Tauron zauważył, że ceny certyfikatów spadają na łeb, na szyję. W takim układzie wieloletnie umowy przypieczętowane z farmami wiatrowymi okazały się jednym wielkim niewypałem, zmuszającym do ponoszenia kosztów wyraźnie wyższych niż rynkowe. PKH zaczęła starać się o renegocjację umów, a kiedy okazało się to niemożliwe, spółka została rozwiązana a umowy wypowiedziane. Co prawda Tauron powołał ją do życia jakiś czas temu, jednak nie zmieniło to wiele z punktu widzenia inwestorów. A tych jest sporo – począwszy od amerykańskiego Invenergy, poprzez rodzimą Polenergię oraz Enerco-INV Energy.

Energetyka wiatrowa w zimie

Farmy wiatrowe to wielkie inwestycje, a okres ich zwrotu rozkłada się na przestrzenii conajmniej kilku dobrych lat (zazwyczaj około dziesięciu). W tej sytuacji producenci zielonej energii zostali pozostawieni z nierentownymi instalacjami, które nie mają szansy się zwrócić we wcześniej ustalonym terminie. Na to wszystko nałożyły się problemy prawne – tak zwana „ustawa odległościowa”. Ostatecznym gwoździem do trumny było przejście na system aukcji energetycznych, który nakazuje względnie drogiemu źródło energii, jakim jest w Polsce wiatr, konkurować z tańszymi.