Ekologia to odpowiedź na pytanie, jak bezpiecznie człowiek ma funkcjonować w świecie
Rozmowa z Tomaszem Podgajniakiem, wiceprezesem Polskiej Izby Gospodarczej Energii Odnawialnej.

MK: Wydaje się to być niekończącą się historią, ale zacznijmy od projektu ustawy o odnawialnych źródłach energii, który w najbliższym czasie ma trafić do Sejmu. Czego możemy się spodziewać?

TP: Pan wierzy, że projekt ustawy trafi szybko do Sejmu, tak? Ja mam poważne wątpliwości. Tomasz Tomczykiewicz, Sekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki, po raz kolejny wypowiedział się w tej sprawie. Tym razem nie określił nowego terminu przekazania ustawy do prac sejmowych, ale zasugerował, że prace nad tzw. „trójpakiem energetycznym” mogą się opóźnić, ze względu na zmiany, które zachodzą w Ministerstwie Gospodarki. Może to oznaczać, że kierownictwo Ministerstwa Gospodarki bez dotychczasowego szefa, Waldemara Pawlaka, boi się wziąć na siebie odpowiedzialność za te projekty.  Przy okazji po raz kolejny zdezinformował opinię publiczną, mówiąc o rzekomo nadmiernych kosztach wspierania odnawialnych źródeł energii. W sprawie epatowania społeczeństwa błędnymi danymi o wpływie tego wsparcia na ceny energii, już raz pisaliśmy do niego, podając rzetelne wyliczenia i deklarując gotowość wyjaśnienia niuansów, ale nie przyniosło to skutku. To twardy i charakterny człowiek, poseł ze Śląska, więc musimy najwyraźniej napisać po raz kolejny, ale tym razem po śląsku: „Niy fanzol chopie! Prowdo jes inno”. Może takie postawienie sprawy przyniosłoby lepszy skutek.  Prawda jest taka, że na wsparcie rozwoju sektora OZE (wiatr i biogaz) przeciętne gospodarstwo domowe wydawało w tym roku około 1,75 zł miesięcznie (przy rachunku za energię rzędu 160 zł), na dopłaty do hydroenergetyki, także tej dużej, dawno zamortyzowanej kolejne 1,75 zł, za to na wspieranie tzw. współspalania węgla z trocinami, czyli na energetykę konwencjonalną aż 3,5 zł miesięcznie. Tak czy inaczej całe wsparcie dla OZE to w cenie energii dla przeciętnego obywatela nie więcej niż 5%.

MK: Pana zdaniem nie ma szans aby ustawa weszła w życie w pierwszym kwartale 2013 roku?

TP: To jest raczej nierealne. Projekt zawiera wiele bulwersujących środowisko OZE propozycji, więc spodziewam się, że rzetelna dyskusja w Parlamencie nie byłaby łatwa i szybka, choć nie takie cuda już w Sejmie widzieliśmy.  Mnie jednak zdumiewa jeszcze coś innego – kiedy w grudniu ubiegłego roku opublikowano pierwszy, bardzo słaby projekt ustawy o odnawialnych źródłach energii, pan Mieczysław Kasprzak, także sekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki, apelował na spotkaniu PIGO, żebyśmy się nie przejmowali złymi zapisami, bo to „tylko wkładanie kija w mrowisko”! Ja takiego podejścia nie rozumiem i nie akceptuję!  Sam wielokrotnie brałem udział w procesie legislacyjnym, także jako współtwórca różnych ustaw, ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby traktować propozycję aktu prawnego jako swoisty sondaż opinii publicznej. To jest jakiś horror.  Rząd ma tworzyć dobry klimat inwestycyjny, odpowiedzialnie kreować przewidywalne rozwiązania legislacyjne i zachęcać tym samym inwestorów, żeby szeroką ławą przychodzili do Polski. Bulwersowanie inwestorów, czy sprawdzanie, jak mocno można naruszyć ich interesy, zwłaszcza prawa nabyte, na pewno nie służy budowaniu dobrego klimatu i warunków do współdziałania przedsiębiorców z rządem. Efekt jest taki, że kilka poważnych przedsiębiorstw już wycofuje się z Polski.

MK: Ma Pan obawy, że gdy projekt trafi wreszcie do sejmu rozpocznie się hucpa polityków i licytowanie się, kto jest bardziej „eko”, komu w większym stopniu zależy na rozwoju odnawialnych źródeł energii?
TP: Wręcz przeciwnie. Dziś tylko niektórzy chwalą się taką postawą, inni, chyba znacznie liczniejsi uważają, że ekologia to jakieś fantasmagorie, a OZE to zagrożenie dla gospodarki. Mam wrażenie, a raczej rosnące przekonanie, że ochrona środowiska przestała w Polsce być „sexy” i bycie „eko” nie ma dziś pozytywnego wpływu na budowę image polityka. Wręcz przeciwnie, teraz wydaje się modne kontestowanie wymogów ochrony środowiska.  Przykładowo w dobrym tonie jest mówić, że pakiet energetyczno-klimatyczny zabije polską energetykę i polską gospodarkę, a przy okazji doprowadzi do zapaści gospodarkę unijną. Przyznaję, w polityce energetycznej Unii Europejskiej jest trochę błędnych, także groźnych koncepcji. Sam krytykowałem wielokrotnie europejski system handlu emisjami. Jednak niezależnie do tego, czy mamy wpływ na zmiany klimatu, czy nie, musimy podjąć próbę przebudowy mixu energetycznego, tak w Europie, jak i w Polsce. Nie mamy wyjścia. Już dziś 60% źródeł energii w Unii Europejskiej pochodzi z importu. Polska szybko równa w tym zakresie do największych. Przecież nie dlatego nie wydobywa się węgla w Niemczech, Wielkiej Brytanii, czy we Włoszech, bo go tam już nie ma, albo po to, aby chronić klimat! Kraje te wycofały się z wykorzystywania węgla kamiennego, gdyż jego wydobycie jest zbyt drogie, a przez to nie jest paliwem konkurencyjnym. My też stanęliśmy przed tym problemem – produkcja energii z tego nośnika kosztuje więcej, niż można uzyskać na rynku. A na redukcję kosztów wydobycia raczej nie ma co liczyć. Trzeba bowiem zdawać sobie sprawę, że pokłady węgla są coraz trudniej dostępne, a spełnienie wszystkich wymagań technicznych, w tym zapewnienie bezpieczeństwa górników, kosztuje i to sporo. To nie są wymysły facetów w krótkich spodenkach, to są fakty.  Odpowiedzi na pytanie, jak bezpiecznie człowiek ma funkcjonować w świecie, żeby nie spowodować katastrofy ekologicznej, a w konsekwencji zapaści cywilizacyjnej, trzeba szukać w koncepcji zrównoważonego rozwoju. Oznacza to m.in. konieczność racjonalnego, uwzględniającego wiele czynników zewnętrznych i wewnętrznych, w tym wymogi ochrony środowiska i zasobów nieodnawialnych, planowania strategicznego.  W Polsce dominuje jednak krótkowzroczne myślenie oparte na zasadzie „jakoś to będzie”. Próbujemy oszukiwać naszych partnerów z Unii Europejskiej i cały świat podejmując działania pseudoekologiczne, które niby spełniają wymagania, na przykład polityki klimatycznej, ale raczej udajemy, że spełniają? Muszę o tym powiedzieć, bo bardzo mnie to boli. W 2008 roku podpisaliśmy się pod pakietem energetyczno-klimatycznym, akceptując jego warunki. Jeżeli Rząd uważał wtedy, że ich nie spełnimy, trzeba było zawetować ten dokument. Skoro jednak zobowiązaliśmy się do zapewnienia 19% udziału energii elektrycznej produkowanej z OZE i do 15,5% udziału energii z odnawialnych źródeł w całkowitej konsumpcji energii finalnej, to należy te wymagania próbować spełnić w sposób racjonalny i efektywny, ale przede wszystkim uczciwy i rzetelny. A my co robimy? Dosypujemy trocin do miału węglowego i mówimy, że to jest takie „ekologiczne”. Albo importujemy ogromne ilości biomasy do spalania w dużych blokach energetycznych. Nie tędy droga panie i panowie.
MK: Jeżeli ustawa OZE wejdzie w życie wsparcie dla współspalania zostanie ukrócone…
TP: No dobrze, ale nie od razu. A co my dziś robimy? Udajemy. Zamiast realizować, czy promować projekty zmieniające rzeczywiście strukturę całego sektora energetycznego, zamiast ten sektor w sposób przemyślany strategicznie kształtować, udajemy. Do momentu, aż Komisja Europejska powie dość, albo postawi nas przed Trybunałem, a rządzący powiedzą wówczas obywatelom, że to Unia Europejska jest zła, bo narzuca nam niemożliwe do spełnienia wymagania. Tymczasem powinniśmy choć spróbować stworzyć racjonalny i logiczny plan zmian mixu energetycznego, z policzonymi kosztami i określonymi „kamieniami milowymi”, bo tylko takie podejście daje szansę na zmianę warunków, czy sposobów osiągania celów pakietu klimatyczno-energetycznego.
MK: Jesteśmy członkiem UE od 2004 roku biorąc udział w procesie legislacyjnym, a wciąż można usłyszeć opinie, że to Unia Europejska stawia nam wymagania.
TP: Dokładnie. To jest jakaś polityczna schizofrenia, która niczego nie rozwiązuje. Albo pokażemy nasze alternatywne, ale sensowne projekty i będziemy walczyć o nie, albo musimy realizować to, pod czym już się podpisaliśmy.  Nie mam wątpliwości, że skoro węgiel nie gwarantuje już nam trwałego bezpieczeństwa energetycznego, to dla polskiej gospodarki zmiana struktury nośników energii jest konieczna i kluczowa. Zadecyduje to o naszej konkurencyjności w wymiarze europejskim i globalnym. Czy podstawowymi składnikami tego mix-u będą energetyka atomowa, gaz z łupków, czy odnawialne źródła energii decydować ostatecznie powinien długookresowy bilans kosztów i korzyści.  Z moich analiz i oszacowań wynika, że docelowo, w perspektywie 20–30 lat podstawą mix-u muszą być OZE. Na energetykę atomową nas z pewnością nie stać, co do gazu z łupków nie wiadomo, jakie mamy rzeczywiste zasoby eksploatacyjne. Oczywiście życzyłbym sobie, żeby były jak największe, bo to ułatwiłoby znacząco przejście do nowoczesnej gospodarki energetycznej. Dyskutowanie, czy ten marsz nam to zajmie 10, 20, czy 30 lat nie ma dziś sensu. Tempo zmian technologicznych jest tak wysokie, że prognozowanie na okresy dłuższe niż 15 lat to bardzo karkołomne wyzwanie. Po prostu trzeba zacząć działać, korzystając z doświadczeń, także z błędów, innych, w tym zwłaszcza naszych sąsiadów.  Podejmowane dziś w sektorze energetycznym decyzje, zwłaszcza decyzje inwestycyjne, muszą brać pod uwagę przyszły wpływ innowacyjności, a także nie odbiegać drastycznie od trendów światowych. Jeżeli tego nie zrobimy, ryzyko, że wydamy miliardy na pomniki „kapitalizmu państwowego”, zadłużając się nadmiernie i tracąc konkurencyjność, jako cała gospodarka, będzie bardzo wysokie. Stracimy też szansę na przeskoczenie luki technologiczno-mentalnej, jaka dzieli nas dziś od liderów przekształceń sektora energetycznego i rynku energii.
MK: Pan jest przeciwnikiem energetyki atomowej?
TP: Tylko ze względów ekonomicznych. Od strony technologicznej jest to dobre i dopracowane źródło energii. Spóźniliśmy się jednak z decyzjami o rozwoju energetyki atomowej o 30 lat. Trzeba było budować elektrownie atomowe, kiedy inni je budowali, trzeba było dokończyć budowę Żarnowca. Dlaczego dziś protestuję przeciwko budowie takiej elektrowni? Uważam, że wydanie 60–70 mld zł na pierwszą elektrownię jądrową o mocy zaledwie 3000 MW nie ma ekonomicznego sensu i jest delikatnie mówiąc niezbyt roztropne. Wskazują na to różne analizy, także te znajdujące się w posiadaniu namaszczonego przez polityków inwestora. Cykl inwestycyjny takiego obiektu szacuje się na 10–12 lat i w tym okresie musielibyśmy ponosić ogromne koszty – my jako konsumenci energii lub jako podatnicy, gdyż słyszymy coraz częściej, iż bez udziału Państwa taki obiekt nie powstanie – w skali przekraczającej dwuletnie dzisiejsze przychody z rynku energii , niedostając w zamian nawet 1 dżula dodatkowego prądu. Około 2025 r. elektrownia taka, jak dobrze pójdzie zapewni niespełna 16% dzisiejszej produkcji energii elektrycznej w Polsce. Nie zmieni to drastycznie mixu energetycznego, ale za to istotnie zwiększy ceny energii, przynajmniej w okresie spłaty kredytu, co nie nastąpi szybciej niż za 25–30 lat. Budowa kolejnych 3000 MW to jeszcze większe obciążenie.  Warto przy tym pamiętać, że jeszcze żadna elektrownia atomowa nie powstała zgodnie z początkowym kosztorysem. Zawsze były to nakłady znacznie wyższe, niż pierwotnie zakładano.  Politycy wysokiego szczebla, z Premierem włącznie, deklarują, że od budowy elektrowni atomowej nie ma już odwrotu i karcą menadżerów państwowych spółek, którzy ostrożnie sygnalizują, że raczej nas na to nie stać. A więc pieniądze na te kosztowne inwestycje trzeba będzie jednak skądś wziąć! Spodziewam się, że zostaną zabrane najsłabszym, czyli branży OZE i konsumentom indywidualnym.
MK: Wróćmy do ustawy OZE, cztery wersje projektu, a w ustawie jak były błędy, tak nadal są. Niewiele się zmieniło.
TP: Niewiele się zmieniło i uważam, że po części przyczyną tego jest coś, co można porównać do uporu obrażonego dziecka. Myślę tu o osobach odpowiedzialnych za opracowanie tego projektu. Tak to postrzegam: „nie będą nam jacyś przedsiębiorcy mówili co trzeba w ustawie poprawić, bo przecież my urzędnicy, z samego faktu, że jesteśmy urzędnikami wiemy lepiej. Pan Bóg, Historia, Naród namaścił nas i mądrość spłynęła na nas w dniu nominacji, więc nie będziemy nikogo słuchać.”
MK: Nie ma Pan wrażenia, że Polacy wszystko chcą zrobić lepiej, mimo że istnieją dobre praktyki wśród krajów Europy Zachodniej. Weźmy choćby feed-in-tarif, czy certyfikację instalatorów, gdzie tu logika?
TP: Nie wiem. Mnie takie rzeczy, taka ochota komplikowania wszystkiego i wszędzie jest z gruntu obca. Hołduję dewizie: „nie mnóż problemów, tylko je rozwiązuj”. Jeżeli mogę coś zrobić w sposób prosty, to tak robię. Nikomu nie muszę i nie chcę udowadniać, jaki to ja jestem inteligentny, gdyż tak skomplikowane (i niezrozumiałe) myśli powstają w mojej głowie, że mało kto jest w stanie pojąć ich genialność.  Ma być prosto, ma być jasno i przewidywalnie. Państwo powinno wyznaczać zadania i mówić przedsiębiorcom: „pomóżcie nam osiągnąć cele, zwiększyć efektywność, a my stworzymy prawo, które będzie obowiązywało tyle i tyle czasu, jeżeli zdążycie z inwestycjami to zarobicie, jeżeli nie, to trudno.” Dla mnie to byłby jasny przekaz, po którym jako inwestor siadam, kalkuluję i podejmuję decyzję o inwestycji. Jeżeli pomyliłem się w swoich obliczeniach, to mój problem. Jeżeli natomiast Państwo zmienia po kilku latach prawo, jeżeli jedno mówi, a co innego robi, to ja się takiego Państwa boję.
MK: Wszyscy skupiają się na wadach w ustawie OZE. Pomówmy o pozytywach np. system wsparcia dla mikroźródeł na kształt feed-in-tariff?
TP: To tak jakby patrząc na samochód mówił Pan: „fajny, ładne klamki, tylko silnika nie ma”. Ale ma Pan rację, że fragment o mikroźródłach zawiera niezłe rozwiązania. Tam rzeczywiście jest propozycja feed-in-tariff. Niestety system inny niż w Niemczech, gdzie obowiązują skomplikowane zasady weryfikacji, a dopłata w zależności od produktywności jest zmieniana. Jeżeli produktywność jest wyższa niż średnia, dopłata maleje. Jeżeli produktywność jest niższa, dopłata pozostaje na wcześniej ustalonym poziomie, a inwestycja jest bezpieczna. W Polsce mamy natomiast do czynienia z próbą ustaleniem sztywnych i nieweryfikowalnych wskaźników cen, co może zachęcać do różnego rodzaju nadużyć. Jeżeli będziemy mogli u siebie w domu zainstalować panele fotowoltaiczne i za energię elektryczną wprowadzoną do sieci dostaniemy 2–3 razy tyle, niż zapłacimy za energię kupioną, to na pewno znajdą się tacy, co zaczną kombinować, jak to spiąć na krótko. Jak będziemy to weryfikować? System nie może tworzyć pokusy nadużycia.  Nie widzę też powodu, żebym jako inwestor korzystał z pomocy Państwa, jeżeli tego nie potrzebuję, np. do pokonania tzw. bariery wejścia. Filozofia systemu wsparcia powinna być jednak taka, żeby ono stopniowo wygasało. Powszechnie przecież wiadomo, że gospodarka oparta na dotacjach jest gospodarką sztuczną – nie ma dotacji, nie ma inwestycji. Przełamując bariery dla odnawialnych źródeł energii jesteśmy zmuszeni prosić o wsparcie, ale musi być ono tak zaprojektowane, żebyśmy dzięki niemu mogli stanąć na nogi, uzyskać dojrzałość rynkową, a później radzić sobie sami.
MK: Ma Pan obawy, że wsparcie dla fotowoltaiki skończy się podobnie jak w Czechach? Czy nie jest bezsensowne wspieranie instalacji zajmujących ogromne połacie terenu? Może powinniśmy skupić się na instalacjach zintegrowanych z budynkiem, czy umieszczanych na dachach.
TP: Myśli Pan logicznie, więc niech Pan spyta urzędników ministerstwa, dlaczego oni myślą inaczej. Jakie przesłanki, jaka logika nimi kierują. Nie można tworzyć prawa nie przewidując konsekwencji jego wdrożenia, oby nie takich jak w Czechach. Wyjdzie wówczas jeden z drugim minister i powiedzą: „Powstało 10 tys. ha paneli na gruncie i dodatkowo 1 mln przydomowych instalacji fotowoltaicznych, przeliczyliśmy się, system tego nie udźwignie. Musimy wycofać się z obiecanego wsparcia”. A naiwni inwestorzy i prosumenci zostaną z niespłaconymi kredytami, zarobią tylko importerzy technologii.
MK: Czy komuś zabrakło odwagi przyznać, że przygotowano zły projekt?
TP: Myślę, że tak. Myślę, że działa tu upór. Skoro Ministerstwo Gospodarki usłyszało tyle negatywnych ocen dotyczących ustawy OZE, popartych logicznymi argumentami, a projekt ten jest nadal forsowany, to jak to inaczej ocenić. Żeby się bronić, próbują zlekceważyć te opinie, nazywając lobbystami, czy niekompetentnymi tych, którzy wskazali błędy.
MK: Słyszał Pan zapewne o poselskim projekcie nowelizacji Prawa energetycznego? Wprowadzanie zmian tylnymi drzwiami?
TP: Nie. To typowe dla Polaków, że jeżeli coś się wali, to będziemy jakąś szarżą starali się temu zapobiec. Dziś takim wyzwaniem jest wprowadzenie regulacji w zakresie uwolnienia rynku energii, szczególnie rynku gazowego. Przygotowywany jest więc projekt, który ma to uregulować. Przy okazji wprowadza się pewne zapisy dotyczące OZE.  Pewnie zostanie on przegłosowany, bo znaleźliśmy się pod ścianą. Komisja skierowała do Trybunału wniosek o ukaranie Polski za opóźnienia w transpozycji dyrektyw tzw. trzeciego pakietu energetycznego, a kara może wynosić ponad 1 mln euro za każdy tydzień zwłoki. Musimy więc pokazać, że nie jesteśmy bierni i coś próbujemy naprawiać. Inaczej stracimy wizerunkowo i finansowo, bo kary będą dotkliwe, kilkuset milionowe. Obawiam się tylko, że w takiej sytuacji wola do przeprowadzenia Trójpaku Energetycznego może być znacznie mniejsza.
MK: Czy Polska jest gotowa na obowiązek instalowania urządzeń wykorzystujących OZE w nowopowstających budynkach?
TP: Może jeszcze nie jest, ale pojawiają się technologie zapewniające samowystarczalność energetyczną i ludzie z oczywistych powodów zaczną to robić, już zresztą robią. Myślę, że niebawem będziemy świadkami dramatycznych zmian w tej dziedzinie.  Koncepcje źródeł rozproszonych, czy budynków zeroenergetycznych są bardzo atrakcyjne, przyszłościowe. Wspierając ten sektor możemy zapewnić energię każdemu obywatelowi, a co za tym idzie zaspokoić jego podstawowe potrzeby życiowe, ograniczając nakłady inwestycyjne na sieci przesyłowe, czy budowę dużych, zcentralizowanych źródeł energii, takich jak na przykład elektrownia atomowa. To istotnie zmieni polski paradygmat energetyczny.  Musimy zatem zadać sobie już dziś pytanie, czy to źródła rozproszone mają się dostosowywać do skostniałego systemu opartego na kilkudziesięciu dużych jednostkach wytwórczych, czy odwrotnie, system powinien zmienić się, tak pod względem struktury, jak i reguł funkcjonowania, aby przyjąć te mikroźródła.
MK: Ma Pan wrażenie, że działamy od końca?
TP: Gorzej, najpierw nie działamy, a potem działamy „po końcu”, czyli dopiero, gdy szkody są już nieuchronne.
MK: Jak odniesie się Pan do odejścia z rządu Waldemara Pawlaka?
TP: To zależy w jakich kategoriach. Jeżeli chodzi o politykę, Pan premier zachował się jak mężczyzna. Uznał, że przegrane wybory o przywództwo w PSL nakazują mu zrezygnować także z funkcji rządowych. Ja to rozumiem i szanuję.
MK: Jak ocenia Pan pracę Waldemara Pawlaka? Za jego kadencji przyspieszono prace nad powstaniem elektrowni atomowej, czy wykorzystania gazu z łupków.
TP: Ja bym nie łączył Waldemara Pawlaka z gazem z łupków. Wypowiadał się na ten temat i działał dość wstrzemięźliwie, wychodząc z założenia, że najpierw należy zobaczyć, ile mamy tego gazu i czy jego wydobycie będzie opłacalne. Tu bym się z nim zgodził.  Co do energetyki atomowej, działa tu inny mechanizm. W którymś momencie stwierdzono w rządzie, że bez energetyki atomowej nie poradzimy sobie z wymaganiami Pakietu Energetyczno-Klimatycznego. Poza tym budowa elektrowni jądrowej to taki piękny i wielki, o wymiarze wręcz bizantyjskim, projekt. Politycy uwielbiają takie projekty. I premier Pawlak zaakceptował ten punkt widzenia, choć niekoniecznie był jego autorem. Jeżeli natomiast pyta Pan w kontekście odnawialnych źródeł energii, z którymi Ministerstwo Gospodarki od pewnego czasu toczy wojnę, to nie umiem sformułować jednoznacznej oceny. Będąc przez pewien, choć krótki okres aktywnym politykiem, wiem, że nie zawsze logika i wola ministra decyduje o tym co się dzieje. Czasem można powstrzymać pewne trendy, ale czasem można nie mieć dość siły, ani też ochoty, aby podjąć skuteczne działania. Liczy się także rachunek kosztów i korzyści politycznych.  Jego działalność podzieliłbym na dwie fazy. W pierwszej deklarował wsparcie dla OZE, szczególnie dla biogazu. Druga faza to wypowiedzi, że nie ma sensu tak mocno angażować się w „zieloną” rewolucję, w każdym razie nie należy wspierać lądowej energetyki wiatrowej i w praktyce także biogazu. Postanowił więc mocniej wspierać energetykę węglową i atomową, co z mojego punktu widzenia jest karkołomne.  Być może odejście Wicepremiera zmieni podejście do OZE, spowoduje w tej kwestii jakiś przełom, ale być może niewiele, albo zgoła nic nie zmieni. To zależy bowiem w głównej mierze od tego, czy następca Wicepremiera, a przede wszystkim jego urzędnicy odpowiedzialni za przygotowanie analiz dla polityków zaczną posługiwać się rzetelnymi danymi, uwierzą, że Niemcy, Brytyjczycy itd. nie są idiotami stawiając na OZE i przestaną ulegać podszeptom z energetyki konwencjonalnej. Jeżeli tu nie nastąpi zmiana, odejście Waldemara Pawlaka nie będzie miało znaczenia. Ale Premier Pawlak dobrze rozumiał, że gospodarki, czy nawet samego Państwa nie będzie stać na wspieranie zmian w czterech gałęziach energetyki jednocześnie (energetyka atomowa, gaz z łupków, modernizacja i wymiana przestarzałych elektrowni węglowych i rozwój OZE), więc w poszukiwaniu iluzorycznych oszczędności uderzono w odnawialne źródła energii.  Podobno w dobie kryzysu nie stać nas na OZE, choć ma być nas stać na wydawanie przez kilkanaście lat dziesiątków miliardów złotych na projekt atomowy, który w tym czasie nie przyniesienie ani grosza przychody i nie wyprodukuje nawet dżula energii. Takie głosy płynęły przecież ze ścisłego kierownictwa MG, trudno uwierzyć, że wbrew woli i bez akceptacji Wicepremiera.
MK: Jakie nadzieje na przyszłość dla OZE?
TP: Nasza – mówię tu o środowisku OZE – siła i atrakcyjność dla polityków jest żadna w porównaniu do sektora węglowego, czy atomu i gazu. Waldemar Pawlak zachowywał się w tej sprawie pasywnie, nie był ani kreatorem, ani nawet moderatorem. Jak będzie teraz, czas pokaże.
Jestem zdania, że czeka nas długi marsz. Bedzie dużo perturbacji, ale moja wiedza i intuicja podpowiadają, że odnawialne źródła energii uzyskają odpowiednią rangę i wsparcie. Czy jednak po zamieszaniu związanym z ustawą, uda nam się przekonać ponownie inwestorów z zagranicy do powrotu do Polski i inwestycji w OZE, czy w ogóle jakiegokolwiek inwestowania w naszym kraju, to już zupełnie inna sprawa.