Na czym polega problem z ustawą wiatrakową i jakie zapisy w projekcie ustawy stanowią realne zagrożenie dla realizacji takich inwestycji w przyszłości?

 
Dla redakcji GLOBEnergia opowiada Piotr Rudyszyn, dyrektor techniczny W4E.
 
„Problem z ustawą polega na tym, że ustawa jest wprowadzana w sposób urągający wszelkim zasadom tworzenia prawa. Tu nie odbywają się żadne konsultacje społeczne. Grupa posłów, która złożyła ten projekt nie zapoznała się kompletnie z opinią branży. Wadą tej ustawy jest to, że nie jest w niej w jakikolwiek sposób wskazany jej wpływ na gospodarkę, co w zasadzie jest rzeczą obowiązkową w składaniu tego typu projektów. To są błędy ze strony formalnej. 
 
Jeżeli natomiast chodzi o samą merytorykę ustawy, to opiera się ona tylko i wyłącznie na emocjach. Z jednej strony wymaga się minimalnej odległości rzędu 10-krotności wysokości całkowitej wiatraków, co jest rzeczą niespotykaną praktycznie nigdzie, poza Bawarią. Ten wymóg jest niczym nieuzasadniony, a dodatkowo w odróżnieniu nawet od Bawarii o której wspomniałem,  dotyczy on nie tylko budynków mieszkalnych, ale też terenów chronionych i lasów. To oznacza memorandum na budowę elektrowni wiatrowych. 
 
Pojawiają się też inne bardzo niebezpieczne zapisy. Ustawa sugeruje, że dotychczas stworzone przez gminy, za pieniądze podatników miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego, które dopuszczają budowę elektrowni wiatrowych – tracą ważność. Nie można ustawą spowodować, by miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego stracił ważność. 
 
Kolejnym zarzutem jest to, że zmieniają się strony w postępowaniu. Dzisiaj gmina, która powinna dbać o interes mieszkańców i ma najlepsze informacje, co się na jej terenie dzieje jest praktycznie wyłączona z postępowania. Myślę, że część gmin nie zdaje sobie sprawy z tego, że w tej chwili, w tym rodzaju postępowań gmina nie będzie stroną – nie będzie miała nic do powiedzenia. Podobnie może być z podatkami, które przestaną zasilać kasy gmin, a rzecz dotyczy kwot stanowiących poważny udział budżetów gmin.
 
Jest taka tendencja narzucona w obecnej partii rządzącej, że centralnie będzie o wszystkim decydować. Należy zdać sobie sprawę z tego, że pozwolenia na budowę będzie wydawał urząd wojewódzki, który jeszcze nie wie, że będzie miał takie kompetencje  i że będzie musiał takie rzeczy robić, czyli nie jest do tego przygotowany. Decyzje środowiskowe będzie wydawała Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska. W takie sytuacji te dwie instytucje będą sparaliżowane. Inną sprawą jest to, że ciężko będzie znaleźć odpowiednią lokalizacje, więc te pozwolenia nie będą wydawane, bo nikt się po nie zgłaszał nie będzie. 
 
W ustawie jest jeszcze bardzo dużo rzeczy, które prawnie są dwuznaczne. Nie można np. złożonego wniosku pozostawić bez rozpatrzenia, bo zmieniło się prawo. Co w sprawie ważności innych wydanych decyzji administracyjnych..
 
Pozostaje też kwestia podatków. Wprowadza się pojęcie budowli, która mówi, że wszystko co jest w wiatraku jest budowlą –  jeżeli ktoś zostawi w nim sprzęt alpinistyczny, to on wedle definicji też jest budowlą i od niego też trzeba będzie odprowadzić podatek. To zdecydowanie podnosi koszty eksploatacji elektrowni. Nie pozostaje nic innego, jak wynieść połowę rzeczy z wiatraka – a to chyba nie o to chodziło ustawodawcom. 
 
Inwestycję podraża też bardzo nieszczęśliwy zapis o kontrolach okresowych UDT i o wydanie specjalnego pozwolenia na użytkowanie dla wiatraków oddalonych mniej niż 10-krotność wysokości od budynków – to jest absurd z punktu widzenia unijnego. Polska przegrywała już kilkakrotnie w międzynarodowych sądach, bo nie można wymagać, by tylko jeden urząd mógł takie dokumenty wydawać i jeszcze za tak strasznie pieniądze jak 1 % wartości wiatraka. Zastanawiam się skąd Panowie z UDT, którzy na dzisiaj nie mają takich kompetencji będą wyceniać wartość tego wiatraka. 
 
Brak konsultacji społecznych, brak analizy wpływu ustawy na gospodarkę i masa zapisów niezgodnych z przepisami unijnymi oraz krajowymi to efekt wspomnianych już emocji i braku wiedzy posłów na temat elektrowni wiatrowych. Rachunek za te działania może być bardzo wysoki, nie tylko w postaci dużych odszkodowań, strat państwowych firm energetycznych, które są głównym graczem rynkowym, ale także utraty zaufania obywateli i inwestorów do Państwa polskiego. Dodatkowym rachunkiem będzie koszt energii którą będziemy musieli kupić z zagranicy po 2020 roku.”
 
Piotr Rudyszyn, dyrektor techniczny W4E