Islandia krajem odnawialnej energii jest. To wiemy ze statystyk, pisałem też o tym w poprzednim tekście.

 
Ale nieprawdą byłoby powiedzieć, że używane są tu wyłącznie zielone nośniki energii. Mam na myśli oczywiście paliwo do samochodów. I to jakich samochodów – dużych, przewożących pojedynczych pasażerów,  często na oponach z potężnym, słyszanym z daleka bieżnikiem, nierzadko – z napędem 4×4. Nie jest niczym bardzo zadziwiającym spotkanie pojazdu typu monster truck, zaś z ciągłym niedowierzaniem przyjmuję dym unoszący się za każdym żółtym autobusem komunikacji publicznej. Takie używanie środków lokomocji jest raczej dalekie od naszego pojęcia „ekologiczności”.
 
I nie chcę tu na siłę szukać dziury w całym – chcę pokazać, że w pewnych warunkach, można sobie pozwolić na niezastosowanie najnowszego, najbardziej oszczędnego, najbardziej przyjaznego środowisku rozwiązania. I będzie tego wymagać zrównoważony rozwój, bo ten bierze pod uwagę nie tylko środowisko naturalne, ale też potrzeby człowieka i uwarunkowania lokalne. Niepomijalny jest też kontekst ekonomiczny i sens wydawania pieniędzy. Najwyraźniej islandzcy włodarze przyjmują, że wietrzność i niskie zagęszczenie ludności wobec dość często trudnych warunków na drodze pozwalają na takie fory – bardziej ważne były inne źródła emisji. Wybór priorytetów poprzez ocenę potencjalnych zysków.
 
W kontekście krajowej walki z niską emisją do przemyślenia nasuwają się działania typu: wymiana, będących w nie najgorszym stanie, autobusów miejskich (tu podkreślę – miejskich, nie wysłużonych, dowożących ludzi do miast) na te najbardziej ekologiczne, skoro ich udział w ruchu kołowym to najwyżej pojedyncze procenty, czy walka z niską emisją poprzez udogodnienia dla pojazdów elektrycznych w miejscowościach, gdzie średni wiek rejestrowanego pojazdu to kilka lat…
 
Bartłomiej Ciapała