Aukcje OZE odchodzą do lamusa. Komu się opłacają?

W zeszłym tygodniu rozstrzygnięto aukcje OZE, w wyniku których zakontraktowano jedynie 6,8% dostępnej energii o wartości 2 mld zł. Dlaczego inwestorzy nie chcą z nich korzystać? Na to pytanie odpowiada prezes Pracowni Finansowej Tomasz Wiśniewski.  

Zdjęcie autora: Magdalena Mateja-Furmanik
Zdjęcie autora: Magdalena Mateja-Furmanik

Magdalena Mateja-Furmanik

Redaktorka portalu GLOBEnergia

Podziel się

W zeszłym roku na aukcje OZE trafiło 34 TWh, z których zakontraktowano zaledwie 57%. W tym roku obserwujemy spadek aż o 50.2 punktów procentowych. Z czego wynika tak znikome zainteresowanie?  

“Aukcje nie są popularne wśród inwestorów w OZE, ponieważ obniżają rentowność projektów wiatrowych i fotowoltaicznych. W zeszłym roku średnia cena na giełdzie oscylowała woków 650 zł/MWh, w tym roku ok. 500 zł/MWh, a na aukcjach padają ceny rzędu nawet 119 zł/MWh.” - zauważa prezes Pracowni Finansowej Tomasz Wiśniewski w rozmowie z redakcją GLOBENERGIA.

Ostatecznie rozstrzygnięto tylko dwie aukcje. W koszyku, w którym znajdowały się  instalacje fotowoltaiczne i wiatrowe o mocy nie większej niż 1 MW (AZ/6/2023) najniższa cena sprzedanej energii wyniosła 284,95 zł/MWh, a najwyższa 355 zł/MWh. 

W drugim koszyku (AZ/7/2023), przeznaczonym dla projektów dotyczących elektrowni wiatrowych i fotowoltaicznych o mocy większej niż 1 MW, minimalna cena, po jakiej została sprzedana energia, wyniosła odpowiednio 119 zł/MWh w przypadku lądowych farm wiatrowych oraz 272,91 zł/MWh dla elektrowni fotowoltaicznych. Maksymalna cena, po jakiej została sprzedana energia wyniosła 310 zł/MWh dla lądowych farm wiatrowych oraz 349,69 zł/MWh dla elektrowni fotowoltaicznych.

Z tego powodu, jak zauważa Tomasz Wiśniewski, nie jest dziwne, że inwestorzy wolą sprzedawać energię po cenach rynkowych lub kontraktować ją po cenach stałych w tych okresach, gdy stawki były wysokie. Takie kontrakty można było zawrzeć nawet na kilka lat z cenami znacznie przekraczającymi 1000 zł/MWh. 

Kto bierze udział w aukcjach OZE?

Jeśli stawki w aukcjach OZE są tak mało atrakcyjne, to kto w nich bierze udział i po co? 

“W aukcjach startują podmioty, które chcą sobie przedłużyć umowy przyłączeniowe, kiedy to one wygasają, a elektrownia nie zdążyła jeszcze powstać. Kontraktują zaledwie wolumen spodziewanej produkcji z danej instalacji po to tylko by przedłużyć taką umowę, by resztę produkcji sprzedawać po cenach rynkowych, które są bardziej opłacalne” - zauważa Tomasz Wiśniewski.   

Dodaje, że aukcje z założenia miały gwarantować otrzymanie przez właściciela instalacji kredytu, co jednak w praktyce się nie dzieje.

“Kredyty nadal - przynajmniej na elektrownie wiatrowe - nie są dostępne, a tym bardziej bank nie udzieliłby kredytu firmie, która wygrała przetarg po tak niskich cenach, ponieważ albo nie zarobiłaby na spłatę kredytu, albo ledwo pozwoliłaby spłacić kredyt i nic nie pozostawić dla właścicieli, a na takie rozwiązanie nie zgadzają się banki udzielające kredytu” - stwierdza.  

Z tą opinią zgadza się Bogdan Szymański, który dodaje, że obecnie dla dużego wytwórcy o wiele atrakcyjniejsza jest zawarcie umowy bezpośredniej PPA. Podczas Energetycznego TalkShow wskazał na to, że chociaż ideą aukcji było zagwarantowanie jakiegoś poziomu przychodu, nie jest to gwarancja stuprocentowa, ze względu na pewne wyjątki, które zaczynają być zauważane przez inwestorów. 

Jak zauważa, wylicytowana cena w aukcji nie działa jak taryfa gwarantowana - oznacza to, że nie jest tak, że gdy wylicytujemy jakąś kwotę, to będzie ona obowiązywać przez 15 lat i zostanie dodatkowo zwaloryzowana o inflację. De facto, jest to prawo do refundacji ujemnego salda. 

“Oznacza to, że po pierwsze, mamy tam benchmark do ceny rynkowej, po drugie profil fotowoltaiczny jest ujemny, więc nie otrzymujemy pełnej refundacji, ponieważ prąd z fotowoltaiki jest tańszy niż na giełdzie. Jeśli mamy taką sytuację jak teraz, gdy prąd jest drogi, a my wylicytowaliśmy niżej i w efekcie otrzymamy dodatnie saldo, które nie jest dla nas korzyścią, ponieważ musimy je oddać. Po trzecie, te wszystkie mechanizmy są zawieszane jeśli wystąpią ceny ujemne. Wtedy prawo do refundacji jest zupełnie zawieszone” - stwierdził Bogdan Szymański podczas Energetycznego TalkShow.     

Takie obostrzenia, które nie chronią instalatora przed konsekwencjami wyłączenia instalacji w samym szczycie produkcji czy cenami ujemnymi,  zwiększają znacznie ryzyko inwestycji, dlatego w efekcie wylicytowanie ceny w aukcji nie stanowi karty przetargowej dla otrzymania korzystnego kredytu w banku. 

Oznacza to, że aukcje OZE są korzystne tylko dla nielicznych i w bardzo specyficznych warunkach. Nie jest zatem dziwne, że coraz więcej inwestorów szuka alternatywy w kontraktach bezpośrednich, które pozwalają skorzystać z tzw. “górek” czyli lat, w których cena energii jest tak wysoka, że wygenerowany przychód zrekompensuje lata mniej korzystnej produkcji. 

Zobacz również