Czy Polska wyjdzie z ETS? Bruksela szykuje reformę systemu handlu emisjami

ETS miał być narzędziem redukcji emisji, ale dla części przemysłu stał się jednym z najcięższych kosztów transformacji. Bruksela zapowiada reformę systemu i większe przekierowanie pieniędzy na czyste technologie, jednak pytanie brzmi, czy będą to realne zmiany, czy tylko techniczna korekta. Jak sprawić, żeby ETS modernizował europejski przemysł, zamiast wypychać go poza Europę? I jak sprawić, żeby w Polsce nie był na tej kanwie prowadzony spór polityczny niskich lotów?

- Europejski system handlu emisjami przyniósł od 2005 roku ponad 260 mld euro. Komisja przekonuje, że ETS ogranicza emisje i może finansować transformację.
- Przemysł obawia się jednak rosnących kosztów uprawnień, darmowej alokacji, benchmarków i tempa zmniejszania puli emisji. Dla firm kluczowa jest przewidywalność, a nie kolejna niejasna korekta.
- Polska debata idzie ostrzej, ale wyjście z ETS nie jest prostym rozwiązaniem. Realny spór dotyczy tego, jak zmienić system, żeby nadal obniżał emisje, ale nie niszczył konkurencyjności przemysłu.
Ponad 260 mld euro – tyle od 2005 roku miał przynieść europejski system handlu emisjami. Dla Brukseli to dowód, że ETS może finansować transformację. Dla przemysłu energochłonnego i polskiej energetyki to jednocześnie jeden z najważniejszych kosztów prowadzenia działalności. Dlatego zapowiadana na lato reforma ETS będzie czymś więcej niż techniczną korektą. To spór o to, czy system ma dalej przede wszystkim drogo karać emisje, czy w większym stopniu finansować realną przebudowę przemysłu i energetyki.
Bruksela broni ETS, ale zapowiada korekty
Ursula von der Leyen przekonuje, że ETS spełnia swoje zadanie. W wystąpieniu w Antwerpii mówiła, że od wprowadzenia systemu w 2005 roku emisje w sektorach nim objętych spadły o 39%, podczas gdy gospodarka w tych sektorach wzrosła o 71%. “To pokazuje, że dekarbonizacja i konkurencyjność mogą iść w parze” – podkreślała szefowa Komisji Europejskiej.
Problem w tym, że dla wielu firm ta para idzie dziś nierówno. ETS jest systemem cap-and-trade: liczba uprawnień do emisji jest ograniczona, jedno uprawnienie odpowiada jednej tonie CO2, a pula uprawnień co roku maleje. Po rewizji z 2023 roku tempo redukcji puli wynosi 4,3% rocznie w latach 2024-2027 i 4,4% od 2028 roku. To wzmacnia presję na redukcję emisji, ale podnosi też koszt energii i produkcji tam, gdzie transformacja technologiczna jest droga albo trudna.
Pieniądze z ETS mają wrócić do przemysłu
Komisja zapowiada, że jednym z kierunków reformy będzie mocniejsze przekierowanie dochodów z ETS na czyste technologie. Od połowy 2023 roku państwa członkowskie mają przeznaczać wszystkie dochody z aukcji uprawnień – albo równoważną kwotę – na zieloną transformację, w tym działania łagodzące jej skutki społeczne.
Ursula von der Leyen zapowiadała też fundusz ETS Investment Booster wart około 30 mld euro, który miałby wspierać inwestycje przemysłowe w czyste technologie. To kierunek ważny zwłaszcza dla krajów takich jak Polska, gdzie przemysł i energetyka nadal są mocno obciążone kosztami emisyjności.
Niejasne pozostaje jednak, czy nowe pieniądze będą dodatkiem do istniejących instrumentów, czy częściowo zastąpią dotychczasowe fundusze, w tym Fundusz Modernizacyjny. Dla Polski to kluczowe, bo środki z tego funduszu są istotnym źródłem finansowania inwestycji w energetykę, ciepłownictwo i przemysł.
Reforma czy kosmetyka?
Pierwsze propozycje Komisji nie wszystkim dały poczucie przełomu. Wiele osób nazywa to ograniczoną korektą techniczną. Komisja zaproponowała przede wszystkim zakończenie mechanizmu automatycznego unieważniania części uprawnień zgromadzonych w rezerwie, ale bez głębszej zmiany parametrów systemu.
Równolegle Komisja przedstawiła projekt nowych benchmarków dla darmowych uprawnień na lata 2026–2030. To one decydują, ile bezpłatnych uprawnień otrzymają poszczególne sektory przemysłowe. Komisja prowadzi konsultacje i zapowiada przyjęcie aktu wykonawczego do końca czerwca.
Dla przemysłu ważne jest nie tylko to, czy ETS zostanie poluzowany, ale czy cały pakiet będzie przewidywalny: benchmarki, MSR, tempo redukcji puli uprawnień, CBAM, darmowa alokacja i nowe fundusze muszą układać się w jedną logikę. Bez tego firmy nie wiedzą, ile środków zabezpieczyć na emisje, a ile mogą przeznaczyć na inwestycje.
Polska debata idzie ostrzej. Jak zwykle
W Polsce dyskusja o ETS szybko wychodzi poza technikalia i staje się elementem sporu politycznego. Przemysław Czarnek, kandydat na premiera z PiS, przekonywał, że Polska powinna natychmiast wyjść z systemu, aby ratować przemysł, gospodarkę i miejsca pracy. To hasło dobrze trafia w emocje, bo koszty uprawnień są realnie odczuwalne w energetyce i ciepłownictwie. Problem w tym, że brzmi bardziej jak populistyczno-propagandowy skrót niż wykonalny plan działania. Prawo unijne nie przewiduje prostego, jednostronnego wypisania się państwa członkowskiego z ETS bez naruszenia zobowiązań traktatowych i regulacji UE.
Dlatego realny spór nie dotyczy tego, czy ETS zniknie, lecz tego, jak powinien działać i kto zapłaci za okres przejściowy. Zbyt kosmetyczna reforma nie rozwiąże problemu konkurencyjności przemysłu, a zbyt daleko idąca może osłabić bodziec do redukcji emisji. Najtrudniejsze zadanie Brukseli polega więc na znalezieniu równowagi: ETS ma nadal ograniczać emisje, ale nie może wypychać produkcji z Europy szybciej, niż przemysł zdąży się zmodernizować.
Źródła: Komisja Europejska, własne.









