Mniej niż zero, czyli ujemne ceny energii. Co oznaczają dla posiadaczy fotowoltaiki?

Ujemne ceny energii brzmią jak absurd. Prąd ma przecież kosztować, a nie generować stratę temu, kto go produkuje. Tak można było o tym mówić przed erą OZE. Teraz ujemne ceny energii to jednak coraz częstszy sygnał z rynku: w danej godzinie energii jest za dużo, a system elektroenergetyczny nie ma gdzie jej bezpiecznie ulokować.

- Ujemne ceny pojawiają się wtedy, gdy produkcja energii przewyższa zapotrzebowanie, najczęściej w słoneczne i wietrzne dni przy niskim zużyciu prądu.
- Dla prosumentów w net-billingu oznacza to niższą wartość energii oddawanej do sieci. Instalacja może produkować dużo, ale depozyt prosumencki rośnie wolniej, jeśli nadwyżki trafiają do systemu w godzinach najniższych cen.
- Najważniejszą odpowiedzią jest autokonsumpcja: magazyn energii, sterowanie pompą ciepła, bojlerem czy ładowarką EV. W nowym modelu wygrywa nie największa instalacja, ale najlepiej zarządzana energia.
Kiedy cena spada poniżej zera?
Cena energii robi się ujemna wtedy, gdy podaż wyraźnie przewyższa popyt. Najczęściej dzieje się to w słoneczne, wietrzne dni, przy niskim zapotrzebowaniu na energię – na przykład w weekendy, święta albo wiosną, gdy nie działa już intensywne ogrzewanie, ale fotowoltaika produkuje bardzo mocno.
Problem polega na tym, że system elektroenergetyczny musi być bilansowany w każdej chwili. Produkcja i zużycie energii muszą się spotkać niemal w czasie rzeczywistym. Jeśli nagle pojawia się dużo energii z PV i wiatru, a odbiorcy jej nie potrzebują, cena spada. Gdy spada poniżej zera, rynek wysyła jasny sygnał: nie produkuj więcej albo znajdź kogoś, kto tę energię odbierze.
Ujemna cena nie oznacza, że gospodarstwa domowe automatycznie dostają pieniądze za włączenie pralki. Dotyczy rynku hurtowego, na którym rozliczają się wytwórcy, sprzedawcy i uczestnicy rynku. Dla zwykłego odbiorcy efekt jest pośredni – może pojawić się w ofertach dynamicznych albo w rozliczeniach prosumenckich.
Mały przykład z rekordowo niskimi ujemnymi cenami energii
Zanim przejdziemy do wyjaśnień – dobrym przykładem była majówka 2026 roku. W dni wolne od pracy zapotrzebowanie na energię spada, a przy słonecznej pogodzie instalacje fotowoltaiczne produkują najwięcej prądu właśnie w środku dnia. Taki układ bardzo mocno obniżył ceny energii. 1 maja ujemne ceny utrzymywały się od 9:00 do 16:45, a około 13:00 osiągnęły rekordowy poziom -1454 zł/MWh. Dzień później ceny były ujemne od 9:15 do 17:00, z minimum około -991 zł/MWh. 3 maja ujemne stawki pojawiły się rano i ponownie w ciągu dnia, a najniższa cena wyniosła około -509 zł/MWh.
To nie jest anomalia oderwana od rynku. To praktyczny przykład działania systemu, w którym coraz większa część produkcji zależy od pogody, a odbiorcy nie zawsze są w stanie zużyć energię wtedy, gdy powstaje jej najwięcej.
Dlaczego to coraz częściej dotyczy fotowoltaiki?
Fotowoltaika produkuje najwięcej wtedy, gdy słońce świeci najmocniej. W Polsce oznacza to zwykle godziny około południa. Jeżeli takich instalacji jest dużo, w tej samej części dnia do sieci trafia duży wolumen taniej energii. To obniża ceny właśnie wtedy, gdy prosumenci najczęściej oddają nadwyżki.
Urząd Regulacji Energetyki przypomina, że wystąpienie ujemnych cen przez sześć kolejnych godzin na TGE uruchamia przepisy ograniczające wsparcie dla części wytwórców OZE w systemie świadectw pochodzenia. To pokazuje, że ujemne ceny nie są ciekawostką, tylko realnym elementem rynku energii. Pomóc w tym mogą systemu magazynowania energii.
Net-billing zmienia zasady gry
Dla prosumentów w net-billingu kluczowe jest to, że nadwyżki energii nie są już rozliczane „kilowatogodzina za kilowatogodzinę”, jak w starym systemie opustów. Energia oddana do sieci ma wartość pieniężną. Trafia ona do depozytu prosumenckiego, którym później można pomniejszać rachunki za energię pobraną z sieci. PSE publikuje RCEm jako średnią ważoną z rynkowych cen energii, a rozliczenia godzinowe opierają się na RCE.
I tu pojawia się najważniejszy problem. Jeśli prosument oddaje prąd w godzinach bardzo niskich albo ujemnych cen, jego energia ma niską wartość. Znaczy to tyle co wolniejsze budowanie depozytu. Instalacja może produkować dużo, ale finansowy efekt tej produkcji jest słaby.
To szczególnie bolesne dla osób, które większość energii zużywają rano i wieczorem, a w południe oddają nadwyżki do sieci. Kupują prąd wtedy, gdy jest drożej, a sprzedają wtedy, gdy rynek jest zalany tanią energią.
Czy prosument musi dopłacać?
Co do zasady największym ryzykiem dla typowego prosumenta nie jest dziś dopłacanie do własnej produkcji, ale oddawanie energii prawie za darmo. Prawo przewiduje mechanizmy ochronne przy cenach ujemnych – w określonych sytuacjach energia może być rozliczana po cenie zerowej, a nie ujemnej. Mechanizm jest jednak powiązany m.in. z możliwością sterowania mikroinstalacją.
Z punktu widzenia rachunku ekonomicznego efekt jest prosty: każda kilowatogodzina wysłana do sieci w godzinach najniższych cen jest mniej cenna niż ta zużyta od razu w domu.
Co można z tym zrobić?
Najlepszą odpowiedzią na ujemne ceny jest autokonsumpcja. Im więcej energii z PV zostanie zużyte na miejscu, tym mniej zależy od chwilowej ceny rynkowej. Dlatego rośnie znaczenie magazynów energii, sterowania pompą ciepła, bojlerem, klimatyzacją czy ładowarką samochodu elektrycznego.
Opłacalność net-billingu zależy od umiejętnego zarządzania produkcją i zużyciem energii, a kluczową rolę odgrywa autokonsumpcja. Ujemne ceny energii nie oznaczają więc końca opłacalności fotowoltaiki. Oznaczają koniec prostego modelu: produkuj jak najwięcej i oddawaj wszystko do sieci. W nowym systemie wygrywa nie ten, kto ma największą instalację, ale ten, kto potrafi zużyć energię wtedy, gdy ona powstaje.
Źródła: PSE, URE, gov.pl
Polecane
Koniec prostego zarabiania na PV? Ujemne ceny energii zmieniają rynek

Ładujesz auto i dostajesz pieniądze? Ujemne ceny prądu brzmią pięknie, ale jest haczyk









