Polski atom w 2036 roku? Istnieje duża szansa, że to niemożliwe

Polski atom ma ruszyć w 2036 roku, ale ten termin już dziś budzi wiele pytań. Budowa pierwszej elektrowni jądrowej to projekt bez dużego marginesu na błędy, opóźnienia i problemy z siecią. Czy data 2036 jest realnym planem, czy tylko ambitnym scenariuszem sukcesu?

- Termin 2036 roku dla pierwszego polskiego atomu jest bardzo ambitny i mało odporny na opóźnienia. Osiem lat od startu budowy do energii w sieci zostawia niewielki margines na problemy.
- Przykłady z Europy i USA pokazują, że elektrownie jądrowe często powstają dłużej, niż planowano. Dlatego polski harmonogram trzeba traktować raczej jako scenariusz sukcesu niż pewnik.
- Atom jest Polsce potrzebny, ale nie może być jedynym filarem zastępowania węgla. Równolegle trzeba rozwijać sieci, magazyny energii i inne stabilne moce.
Minister energii Miłosz Motyka podtrzymuje, że pierwszy polski blok jądrowy ma dostarczyć energię w 2036 r. Według rządowych informacji wniosek o pozwolenie na budowę ma zostać złożony w 2027 r., pierwsze prace budowlane w terenie są planowane na 2028 r., a w 2036 r. z elektrowni ma popłynąć pierwszy prąd.
To bardzo ambitny harmonogram. Jeżeli liczyć od 2028 r., Polska miałaby około osiem lat na realizację jednego z najbardziej skomplikowanych projektów infrastrukturalnych w swojej historii. Warto stawiać twarde cele, bo bez presji czasu megaprojekty łatwo się rozmywają. Problem zaczyna się wtedy, gdy data 2036 r. staje się w planowaniu systemu pewnikiem, a nie scenariuszem sukcesu.
Pierwszy prąd to nie zawsze pełna praca elektrowni
Pierwsza elektrownia jądrowa ma powstać w lokalizacji Lubiatowo-Kopalino, w gminie Choczewo. Projekt realizują Polskie Elektrownie Jądrowe we współpracy z konsorcjum Westinghouse-Bechtel. Plan obejmuje trzy reaktory AP1000, każdy o mocy brutto 1250 MW.
W publicznych wypowiedziach najczęściej pada hasło pierwszy prąd w 2036 r. Aktualizacja programu polskiej energetyki jądrowej mówi o rozpoczęciu komercyjnej eksploatacji pierwszego bloku w 2036 r. i osiągnięciu pełnej mocy elektrowni do 2038 r. To ważne rozróżnienie, bo między zakończeniem budowy, pierwszą krytycznością, synchronizacją z siecią i regularną eksploatacją mogą minąć miesiące testów oraz stopniowego zwiększania mocy.
Osiem lat na atom to harmonogram bez dużego marginesu
Elektrownia jądrowa to nie tylko reaktor. To także turbinownia, układy chłodzenia, systemy bezpieczeństwa, zaplecze elektryczne, infrastruktura towarzysząca, pozwolenia, testy i rozruch. Do tego dochodzi nadzór Państwowej Agencji Atomistyki, łańcuch dostaw, kadry, logistyka placu budowy i koordynacja wykonawców. Nie można też przemilczeć sprawy, że dotychczas działania z polską elektrownią jądrową przebiegają dość opieszale.
Dlatego osiem lat od rozpoczęcia zasadniczej budowy do energii w sieci wygląda jak plan możliwy tylko przy bardzo sprawnej realizacji. Nie jest niemożliwy, ale zostawia mało miejsca na typowe problemy. A kto się łudzi, że my ich unikniemy? Chyba nikt.
Europejskie przykłady studzą optymizm
Najczęściej przywoływane przykłady z Europy dotyczą reaktorów EPR, więc nie są prostym porównaniem z polskim AP1000. Pokazują jednak, jak trudne bywają projekty jądrowe w europejskich warunkach regulacyjnych i wykonawczych.
Olkiluoto 3 w Finlandii rozpoczęto budować w sierpniu 2005 r. Pierwsze podłączenie do sieci nastąpiło w marcu 2022 r., a komercyjna eksploatacja w kwietniu 2023 r. To prawie 18 lat od startu budowy do pracy komercyjnej. Flamanville 3 we Francji ruszył z budową w grudniu 2007 r., a pierwsze podłączenie do sieci nastąpiło dopiero w grudniu 2024 r.
Hinkley Point C w Wielkiej Brytanii też pokazuje, że nawet bardzo doświadczony inwestor nie ma gwarancji dotrzymania pierwotnych dat. Budowa rozpoczęła się w grudniu 2018 r., a EDF w 2024 r. wskazywał scenariusz bazowy uruchomienia pierwszego bloku w 2030 r., z ryzykiem przesunięcia na 2031 r.
AP1000 nie kasuje ryzyka harmonogramu
Polska wybrała inną technologię niż EPR, więc porównania trzeba traktować ostrożnie. AP1000 ma za sobą działające bloki w USA i Chinach, a Westinghouse podkreśla modularną konstrukcję oraz doświadczenia z istniejącej floty. To argument za tym, że kolejne projekty mogą iść sprawniej niż pierwsze realizacje.
Tyle że historia AP1000 również nie daje podstaw do pełnego spokoju. Vogtle 3 w USA miał pierwszy beton jądrowy w marcu 2013 r., a komercyjnie ruszył 31 lipca 2023 r. – po ponad 10 latach. Sanmen 1 w Chinach rozpoczęto budować w kwietniu 2009 r., a za komercyjnie działający uznano we wrześniu 2018 r. – po około dziewięciu latach.
Tak więc polskie osiem lat byłoby bardzo dobrym wynikiem, szczególnie dla kraju, który dopiero buduje pierwszy blok jądrowy i równolegle tworzy krajowe kompetencje, zaplecze wykonawcze oraz system dostaw dla tej technologii.
Największe ryzyko nie leży tylko na placu budowy
Tu trochę wymienimy problemów i ryzyk. Opóźnić projekt może nie tylko beton, stal i harmonogram montażu. Ryzyko siedzi także w finansowaniu, kontraktach, dostępności wyspecjalizowanych firm, certyfikacji dostawców, pracy dozoru jądrowego i infrastrukturze towarzyszącej. PEJ wskazuje, że przed rozpoczęciem budowy potrzebne są m.in. zezwolenie na budowę obiektu jądrowego od PAA oraz pozwolenie na budowę wydawane przez wojewodę.
Do tego dochodzi sieć. PSE w projekcie planu rozwoju na lata 2027-2036 zakłada m.in. 5000 km nowych torów linii 400 kV, 30 nowych stacji, modernizację 110 istniejących stacji oraz przygotowanie systemu na nowe źródła zlokalizowane na północy Polski, w tym offshore i atom. Elektrownia jądrowa nie działa w próżni – musi mieć gdzie wyprowadzić moc.
Atom nie może być jedynym pomostem po węglu
Najważniejsze pytanie nie brzmi więc tylko: czy Polska zbuduje pierwszy blok w 2036 r.? Równie ważne jest pytanie, co stanie się, jeżeli termin przesunie się o dwa, trzy albo pięć lat. Polska energetyka już teraz przygotowuje się do spadku roli jednostek węglowych, a Ministerstwo Energii w aktualizacji PPEJ pisze wprost o zastępowaniu wycofywanych bloków węglowych nowymi stabilnymi mocami.
Jeżeli data 2036 r. zostanie potraktowana jako pewnik przy planowaniu wyłączeń starych bloków, system może dostać problem dokładnie wtedy, gdy najbardziej będzie potrzebował mocy dyspozycyjnej. Atom jest potrzebny jako stabilne, niskoemisyjne źródło. Nie zwalnia jednak państwa z budowy sieci i magazynów energii, które pomogą rozwijać OZE.
Ambitny harmonogram polskiego atomu jest potrzebny. Ale 2036 r. powinien być traktowany jako cel, nie gwarancja. Europejskie doświadczenia pokazują, że elektrownie jądrowe często potrzebują więcej czasu, niż zakładano na starcie. A u nas to już na pewno. Dlatego bezpieczeństwo energetyczne Polski nie może opierać się na założeniu, że pierwszy blok jądrowy na pewno zastąpi wyłączane jednostki węglowe dokładnie w 2036 r.
Źródła: Ministerstwo Energii, PEJ, gov.pl, World Nuclear Association, IAEA.











