“Przepisy jak za komuny” – stracisz kontrolę nad swoją fotowoltaiką na rzecz operatora

Tylko u nas
“Przepisy jak za komuny” – tak można skomentować projekt rozporządzenia, który może zmienić zasady działania domowych instalacji fotowoltaicznych. Sprawa nie dotyczy wyłącznie awaryjnego ograniczania energii oddawanej do sieci. Czy operatorzy zyskają możliwość zdalnego sterowania pracą mikroinstalacji prosumentów? Propozycja nowego prawa daje im taką możliwość, a szczegóły rozporządzenia są skandaliczne.

“Przepisy jak za komuny” – tak można skomentować projekt rozporządzenia, który może zmienić zasady działania domowych instalacji fotowoltaicznych. Sprawa nie dotyczy wyłącznie awaryjnego ograniczania energii oddawanej do sieci. Czy operatorzy zyskają możliwość zdalnego sterowania pracą mikroinstalacji prosumentów? Propozycja nowego prawa daje im taką możliwość, a szczegóły rozporządzenia są skandaliczne.

Zdjęcie autora: Redakcja GLOBEnergia

Redakcja GLOBEnergia

Tylko u nas
“Przepisy jak za komuny” – tak można skomentować projekt rozporządzenia, który może zmienić zasady działania domowych instalacji fotowoltaicznych. Sprawa nie dotyczy wyłącznie awaryjnego ograniczania energii oddawanej do sieci. Czy operatorzy zyskają możliwość zdalnego sterowania pracą mikroinstalacji prosumentów? Propozycja nowego prawa daje im taką możliwość, a szczegóły rozporządzenia są skandaliczne.
  • Projekt rozporządzenia może objąć instalacje już od 0,8 kW. W praktyce oznacza to niemal cały rynek prosumencki, w tym typowe dachowe instalacje PV.
  • Według ekspertów problemem nie jest samo ograniczanie eksportu energii do sieci. Kontrowersje budzi możliwość wpływania na pracę instalacji, nawet wtedy, gdy prosument chce zużyć energię na miejscu.
  • W Polsce działa już ponad 1,6 mln mikroinstalacji fotowoltaicznych. Jeśli nowe wymagania objęłyby także starsze systemy, mogłoby to oznaczać ogromne koszty dostosowania i ryzyko masowych wyłączeń.

Projekt rozporządzenia o szczegółowych warunkach funkcjonowania systemu elektroenergetycznego wygląda jak techniczny dokument dla specjalistów. W praktyce może dotknąć setek tysięcy właścicieli fotowoltaiki. Nie chodzi tylko o większą kontrolę nad siecią ani o awaryjne ograniczanie oddawania energii. Problem jest głębszy: projekt otwiera drogę do zdalnego sterowania pracą mikroinstalacji, kontroli urządzeń u prosumenta i potencjalnego odłączania instalacji, jeśli nie spełni nowych wymagań.

Sprawa jest o tyle poważna, że nie dotyczy wyłącznie dużych instalacji ani zawodowych wytwórców energii. Grzegorz Burek i Bogdan Szymański w Energetycznym Talk Show redakcji GLOBENERGIA zwracali uwagę, że granica wejścia w nowe obowiązki została ustawiona wyjątkowo nisko. Projekt obejmuje instalacje już od 0,8 kW, czyli w praktyce niemal cały rynek prosumencki: od typowych dachowych instalacji PV po małe systemy, które dziś funkcjonują jako zwykłe domowe źródło energii. Projekt rozporządzenia jest bez wątpienia skandaliczny.

Nie tylko awaryjne wyłączenie

Gdyby chodziło wyłącznie o możliwość awaryjnego ograniczenia eksportu energii do sieci, dyskusja wyglądałaby inaczej. Sieć rzeczywiście ma swoje ograniczenia. Przy bardzo dużej produkcji z OZE i niskim zapotrzebowaniu operatorzy muszą mieć narzędzia, żeby utrzymać stabilność systemu. Tyle że projekt idzie dalej. Nie mówi wyłącznie o ograniczeniu wypływu energii do sieci, ale o możliwości wpływania na pracę samej instalacji.

Bogdan Szymański, ekspert branżowy naszej redakcji zwrócił uwagę właśnie na tę różnicę: “Operatora nie powinna interesować produkcja energii z naszej instalacji, a co najwyżej energia wprowadzana do sieci, tak jak jest w Niemczech. Tam operator może wydać polecenie nawet mikroinstalacji, żeby ona ograniczyła wypływ energii do sieci, ale nie ograniczyła koniecznie produkcji. Bo przykład – moja instalacja z magazynem energii może nic nie eksportować, ale na przykład ładować magazyn czy ładować samochód elektryczny”.

Prosument może mieć w domu magazyn energii, pompę ciepła, samochód elektryczny, klimatyzację albo zwykłe zużycie zaplanowane na godziny produkcji PV. Jeśli operator ograniczy wyłącznie eksport do sieci, użytkownik nadal może zużyć własną energię na miejscu. Jeśli jednak ograniczona zostanie produkcja instalacji, prosument traci część sensu inwestycji.

Zapraszamy na najnowszy Energetyczny Talk Show

Autokonsumpcja to nie problem sieci, prosumenci również nie powinni nim być

W trakcie Energetycznego Talk Show Grzegorz Burek, redaktor naczelny GLOBENERGIA, pokazał ten problem na prostym przykładzie domowej autokonsumpcji. Prosumencka instalacja nie musi przecież pracować po to, żeby oddawać energię do sieci. Właściciel może celowo uruchomić w godzinach produkcji pranie, suszarkę, piekarnik, płytę indukcyjną, klimatyzację albo ładowanie samochodu, czyli zużyć energię dokładnie tam, gdzie powstała.

Właśnie tak ma działać bycie nowoczesnym prosumentem. Nie tylko produkować energię i wysyłać ją do sieci, ale zużywać jak najwięcej na miejscu. Użytkownik przesuwa zużycie na godziny pracy PV, zwiększa autokonsumpcję i realnie odciąża sieć. Tymczasem projekt może potraktować taką instalację nie jak element elastyczności, lecz jak urządzenie, które trzeba podporządkować zewnętrznemu sterowaniu. To jest pomysł wręcz skandaliczny.

Kto zapłaci za urządzenia i dostęp?

Kolejny problem dotyczy kosztów oraz fizycznego dostępu do instalacji. Projekt zakłada, że mikroinstalacje mają mieć określone możliwości komunikacyjne, porty, rejestry zmian i zdolność współpracy z urządzeniami operatora. Brzmi technicznie, ale w domu oznacza bardzo konkretne pytania: czy trzeba będzie wymienić falownik, dołożyć urządzenie, udostępnić miejsce, gniazdko i wejście do budynku? Bogdan Szymański pokazuje bardzo prosty przykład, również związany z operatorem.

“Idziesz do operatora i chcesz zwiększyć moc umowną lub chcesz mieć nowe przyłącze. Składasz wniosek. Czekasz 30 dni na rozpatrzenie. Dostajesz warunki. A tutaj? Operator nie. Przychodzi, będzie miał prawo przyjść do ciebie z buta, zainstalować gdzie chce, co chce i to jeszcze będzie pracować na Twój koszt” – krytykuje Bogdan Szymański. 

W projekcie brakuje jasnej odpowiedzi, jak ma wyglądać tryb uzgodnień, kto płaci za dostosowanie starszych instalacji, kto odpowiada za działanie urządzeń po ingerencji operatora i jak rozliczyć energię zużywaną przez sprzęt operatora zamontowany u prosumenta. To nie są drobiazgi. Przy skali ponad 1,6 mln instalacji PV każdy techniczny wymóg może stać się gigantycznym kosztem.

Rejestr zmian i klimat kontroli

Najbardziej kontrowersyjny jest jednak nie tylko techniczny zakres tych przepisów, ale ich klimat. Zdaniem Bogdana Szymańskiego projekt przewiduje sterowanie pracą instalacji, rejestrowanie zmian parametrów i możliwość kontroli elementów znajdujących się po stronie prosumenta. W praktyce wygląda to tak, jakby domowa mikroinstalacja miała zostać potraktowana niemal jak mała elektrownia zawodowa, z własnym systemem nadzoru, historią ingerencji i urządzeniem operatora zamontowanym przy falowniku.

Prosument nie jest operatorem elektrowni. To odbiorca, który zainwestował prywatne pieniądze w instalację na własnym budynku, często po to, żeby obniżyć rachunki i zużywać więcej energii na miejscu. Oczywiście musi spełniać wymagania techniczne i nie może zagrażać pracy sieci. Ale czym innym jest zgodność z normami, a czym innym tworzenie systemu, w którym operator zyskuje daleko idące uprawnienia do ingerencji w urządzenia zamontowane w domu użytkownika.

Właśnie dlatego te zapisy brzmią tak niepokojąco. Nie chodzi tylko o bezpieczeństwo systemu, ale o granicę kontroli. Jeśli przy prywatnym falowniku ma pojawić się urządzenie operatora, nieusuwalny rejestr zmian i możliwość odłączenia instalacji przy problemach z komunikacją, to prosument zaczyna tracić poczucie, że zarządza własną energetyką. Zostaje właścicielem sprzętu, nad którym coraz większą władzę ma ktoś z zewnątrz.

“Przepisy jak za komuny” – porównuje Bogdan Szymański. I choć to mocne sformułowanie, dobrze oddaje emocje, jakie projekt może wywołać wśród właścicieli mikroinstalacji. Bo w tej dyskusji nie chodzi wyłącznie o port komunikacyjny, rejestr parametrów czy urządzenie sterujące. Chodzi o pytanie, czy prosument ma być aktywnym uczestnikiem rynku energii, czy tylko właścicielem instalacji, którą w praktyce można zdalnie podporządkować decyzjom operatora.

Groźba masowych wyłączeń fotowoltaiki

Najbardziej ryzykowny scenariusz dotyczy istniejących instalacji. Wiele falowników montowanych kilka lat temu może nie spełniać nowych wymagań komunikacyjnych albo nie współpracować z urządzeniami, które operatorzy chcieliby instalować. Jeśli przepisy zostaną potraktowane dosłownie, może pojawić się fala problemów z dostosowaniem instalacji.

Bogdan Szymański ostrzega, że jeżeli ktoś chciałby to zrealizować zapisy wynikające z tego rozporządzenia, to grozi masowymi wyłączeniami istniejących instalacji prosumenckich. I to jest punkt, którego nie wolno zlekceważyć. Polska potrzebuje lepszej widoczności sieci, elastyczności i możliwości reagowania w sytuacjach kryzysowych. Ale nie może przy okazji wysłać prosumentom sygnału: zainwestowaliście własne pieniądze, a teraz ktoś przejmie techniczną kontrolę nad waszym sprzętem.

Rozsądna granica, jeżeli trzeba ją postawić, powinna być prosta: operator może wymagać bezpieczeństwa i w uzasadnionych przypadkach ograniczać eksport energii do sieci. Ale autokonsumpcja, praca magazynu, ładowanie samochodu czy zasilanie domowych odbiorników powinny pozostać po stronie właściciela instalacji. Inaczej prosument przestaje być prosumentem, a staje się właścicielem urządzeń, którymi steruje ktoś inny. Pozostaje mieć nadzieję, że te przepisy nie wejdą w życie.

Źródła: Energetyczny Talk Show GLOBENERGIA, projekt rozporządzenia w sprawie szczegółowych warunków funkcjonowania systemu elektroenergetycznego, Ministerstwo Energii, Rządowe Centrum Legislacji.

Zdjęcie autora: Redakcja GLOBEnergia

Redakcja GLOBEnergia