Rachunki grozy za ogrzewanie tej zimy – czy będzie tak źle jak nam się wydaje?

Czy mroźny styczeń oznacza drogie ogrzewanie całej zimy? Czy jeden chłodny miesiąc wystarczy, aby mówić o “rachunkach grozy”? Sprawdzamy, jak naprawdę wygląda bilans sezonu grzewczego na tle danych IMGW.

- Czy zimny styczeń automatycznie winduje rachunki za ogrzewanie w całym sezonie? Niskie temperatury zwiększają zużycie energii, ale bilans zimy to suma kilku miesięcy.
- Dlaczego bardzo ciepły grudzień ma realne znaczenie dla domowych kosztów ogrzewania? Wyższe temperatury ograniczyły pracę instalacji grzewczych i zmniejszyły zużycie energii.
- Czy można dziś rzetelnie ocenić koszty ogrzewania bez lutego i marca? Pełny sezon grzewczy kończy się dopiero wczesną wiosną, a pogoda bywa zmienna.
Zimny styczeń a rachunki grozy
Początek 2026 roku wielu odbiorców energii przyjął z niepokojem. Styczeń okazał się wyraźnie chłodniejszy od normy, a mapy anomalii temperatur publikowane przez IMGW nie pozostawiają złudzeń – w dużej części kraju średnie dobowe temperatury były nawet o 4-6°C niższe od wieloletniej normy. Nic więc dziwnego, że wraz ze spadkiem temperatur powróciły obawy o „rachunki grozy” za ogrzewanie.
Rzeczywiście, styczeń zapisuje się jako miesiąc wyraźnie zimny. Dane IMGW pokazują, że w wielu regionach Polski – szczególnie na wschodzie i północnym wschodzie – ujemne anomalie temperatur były głębokie i trwałe. Przykładowo w Suwałkach średnia anomalia temperatury do 25 stycznia wyniosła aż -6°C, a w wielu innych miastach wartości te oscylowały między -3 a -5°C. Taki przebieg pogody oznacza jedno: większe zużycie energii na ogrzewanie w ujęciu bieżącym. To naturalnie przekłada się na wyższe rachunki w styczniowych rozliczeniach. Można przyjąć bardzo ogólnie, że różnica 1°C zwiększa zużycie energii (a co za tym idzie rachunki) o ok. 4,5%.

I w tym miejscu łatwo wpaść w pułapkę uproszczonego wniosku, że „cała zima będzie droga”. Tymczasem obraz sezonu grzewczego nie kończy się na jednym miesiącu.
Grudzień 2025 był bardzo ciepły
Warto cofnąć się o krok i spojrzeć na grudzień, który otwierał tegoroczny sezon grzewczy. Z danych IMGW wynika jasno, że był to miesiąc wyjątkowo łagodny jak na tę porę roku. Przez większość dni średnia dobowa temperatura utrzymywała się powyżej 0°C, co znacząco ograniczało zapotrzebowanie na ogrzewanie. Jak czytamy w oficjalnym podsumowaniu IMGW.
“W grudniu przez większość dni wartości średniej dobowej temperatury były wyższe od 0°C. Ostatni miesiąc roku zaliczono do bardzo ciepłych” – czytamy w podsumowaniu IMGW.

To istotna informacja z punktu widzenia domowych budżetów. Ciepły grudzień oznaczał realne oszczędności – krótszą pracę instalacji grzewczych, mniejsze zużycie ciepła. W praktyce oznacza to, że część „zimowych kosztów”, których dziś obawiają się odbiorcy, została już w grudniu po prostu… niewygenerowana.
Bilans zimy to nie jeden miesiąc
Dlatego, choć styczeń rzeczywiście przyniósł chłodniejszą aurę i wyższe bieżące zużycie energii, nie ma podstaw, aby już teraz mówić o katastrofalnym sezonie grzewczym. Grudzień był ciepły, a więc do pewnego stopnia te tendencje się wyrównują w skali całej zimy.
Oczywiście trzeba zachować ostrożność w ostatecznych ocenach. Przed nami wciąż co najmniej cały luty oraz część marca, które również wchodzą w skład pełnoprawnego sezonu grzewczego. Dopiero suma wszystkich miesięcy pozwoli rzetelnie ocenić, czy ta zima faktycznie okaże się wyjątkowo kosztowna.
Na dziś jednak wniosek jest umiarkowanie optymistyczny: nie ma powodów, by martwić się na zapas. Pomimo niskich temperatur w styczniu, bardzo ciepły grudzień znacząco złagodził bilans energetyczny początku sezonu grzewczego. A to oznacza, że „rachunki grozy” wcale nie muszą być tak straszne, jak mogłoby się wydawać po spojrzeniu wyłącznie na styczniowe mrozy.
Opracowanie własne na podstawie danych IMGW.










