Skąd kryzys pelletowy w Polsce? Tego nikt nie powiedział użytkownikom kotłów

Pellet bywa trudny do zdobycia, a jeśli już pojawia się w sprzedaży, potrafi kosztować tyle, jakby był pakowany w złote worki. Skąd ten chaos i kto doprowadził do sytuacji, w której użytkownicy kotłów na pellet nie mają czym ogrzewać domów?

- Polska przetwarza dziś o około 4 mln m³ drewna mniej niż w poprzednich latach, co ogranicza ilość odpadów drzewnych wykorzystywanych do produkcji pelletu.
- Od lat więcej surowego drewna wyjeżdża z Polski, niż do niej trafia, a w 2024 r. deficyt sięgnął aż 2,6 mln m³.
- Zakaz spalania drewna energetycznego w energetyce zawodowej zmienił przepływ odpadów drzewnych i dodatkowo zmniejszył dostępność surowca dla producentów pelletu.
Paliwo deficytowe
Jeszcze kilka lat temu pellet był postrzegany jako rozwiązanie niemal idealne. Komfortowe w obsłudze kotły, tanie paliwo i obecność dotacji. Państwo mocno wspierało inwestycje w kotły na pellet w ramach programów dotacyjnych, takich jak Czyste Powietrze. Dziś sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej. W sezonie grzewczym użytkownicy kotłów pelletowych skarżą się na braki w składach, problemy z dostawami i ceny, które potrafią zwalić z nóg. I nie jest to wyłącznie efekt zimy czy wzrostu kosztów energii. Źródło problemu tkwi głębiej.
Mniej drewna to mniej pelletu
Podstawowy problem rynku pelletu jest prosty: pellet produkuje się z biomasy drzewnej, głównie odpadów z przemysłu drzewnego. A żeby były odpady, musi być przerób drewna. Jeśli drewna jest mniej, mniej pracują tartaki, mniej produkują zakłady stolarskie i meblarskie, a więc maleje ilość surowca, z którego można wytwarzać pellet.
I tu dochodzimy do kluczowego wskaźnika: przerobu drewna w Polsce. Z danych dotyczących sprzedaży drewna przez Lasy Państwowe, pomniejszonej o bilans eksportu i importu, wynika, że w ostatnich latach na polskim rynku przetwarzano średnio około 37–38 mln m³ drewna rocznie. To mniej niż poziomy sprzed kilku lat. W 2025 r. prognozowana wartość wynosi 37,2 mln m³.

Źródło: DGLP; KAS, Rozporządzenie z 2 maja 2012 r. w sprawie określenia gęstości drewna.
Tymczasem wcześniej było znacznie lepiej. W 2018 r. przerób drewna wynosił 40,8 mln m³, a w 2022 r. nawet 41,3 mln m³. W praktyce oznacza to, że polski rynek przerabia dziś kilka milionów metrów sześciennych drewna mniej niż w latach poprzednich.
Brakuje 4 mln m³ drewna
Prezes Polskiej Izby Gospodarczej Przemysłu Drzewnego Piotr Poziomski na antenie RMF24 jasno wskazał skalę problemu. Według niego w 2026 r. „mamy podaż surowca drzewnego na poziomie 37 mln m³”, podczas gdy „średnie zaopatrzenie zawsze wynosiło w okolicy 41 mln m³”. Skoro jest o 4 mln m³ mniej drewna, to znaczy, że podaż została ograniczona i na rynku jest mniej surowca. A to automatycznie oznacza, że np. producenci pelletu mają mniej materiału do produkcji, więc pelletu może być mniej albo może drożeć. Co więcej, ta zima jest jedną z zimniejszych w ostatnim czasie. Tym samym wzrosło zapotrzebowanie na pellet, które spotkało się z ograniczoną podażą. To prosty przepis na deficyt towarowy. Tym bardziej dotkliwy, gdyż ujemne temperatury właśnie wracają po lekkiej odwilży. Były wiceminister środowiska Sławomir Mazurek sugeruje, że wycofanie 4 mln m³ drewna z pozyskania przekłada się na ubytek około 1,6 mln m³ surowca, który mógłby zostać wykorzystany do produkcji pelletu.
Bilans importu i eksportu drewna: Polska traci surowiec?
Kolejnym ważnym wskaźnikiem jest bilans wywozu i wwozu drewna surowego do Polski. Dane pokazują, że bilans ten od lat jest ujemny. To znaczy, że więcej drewna wyjeżdża z Polski, niż do niej trafia. W 2024 r. bilans wynosił aż -2,6 mln m³, co oznaczało pogorszenie o około 80% w porównaniu do 2023 r. W 2025 r. (po trzech kwartałach) bilans wynosi -1,7 mln m³. To w praktyce sygnał ostrzegawczy: Polska jest eksporterem surowca drzewnego, a jednocześnie krajowy przemysł i rynek pelletu zaczynają cierpieć na niedobory.

Źródło: KAS, Rozporządzenie z 2 maja 2012 r. w sprawie określenia gęstości drewna.
W 2025 r. po trzech kwartałach ujemny bilans był niższy o około 16% względem analogicznego okresu poprzedniego roku. Ilość drewna przetwarzanego poza granicami Polski zmniejszyła się o około 300 tys. m³, ale jednocześnie nastąpiło ograniczenie pozyskania i sprzedaży drewna w Lasach Państwowych o około 600 tys. m³.
Regulacja z efektem ubocznym
Na wzrost cen pelletu wpłynęły nie tylko warunki pogodowe czy napięcia rynkowe. Istotnym czynnikiem okazały się również zmiany w przepisach. We wrześniu 2025 r. weszło w życie rozporządzenie Ministra Klimatu i Środowiska z dnia 30 maja 2025 r. w sprawie szczegółowych cech jakościowo-wymiarowych drewna energetycznego, które zakazało spalania drewna w energetyce zawodowej.
UOKiK przekazał naszej redakcji, że rozporządzenie to spowodowało zmniejszenie podaży odpadów drzewnych, z których wytwarzany jest również pellet. Co to oznacza w praktyce? Jeśli elektrownie i duże instalacje przestają odbierać część drewna, cały system przepływu biomasy ulega przetasowaniu. Odpady, które wcześniej trafiały na rynek, zaczynają znikać lub są przekierowywane w inne miejsca. I choć ograniczenie spalania drewna w energetyce zawodowej można uznać za krok w stronę bardziej racjonalnej polityki środowiskowej, rynek pelletu boleśnie odczuł skutki uboczne tej decyzji.
Pellet wpadł w regulacyjną pułapkę
Sytuacja wygląda dziś tak, jakby administracja publiczna jedną ręką budowała rynek pelletu, a drugą konsekwentnie ograniczała jego fundamenty. Najpierw zachęcano Polaków do zakupu kotłów na pellet, przekonując, że to stabilne paliwo, a następnie wprowadzono regulacje ograniczające dostępność surowca drzewnego i odpadów drzewnych. Efekt przypomina klasyczną pułapkę: społeczeństwo zainwestowało w technologię, ale system dostaw paliwa nie został zabezpieczony.
Brak edukacji użytkowników, to proszenie się o kłopoty
Problem nie dotyczy wyłącznie polityki i rynku surowców. Jest jeszcze jeden element, o którym mówi się zbyt rzadko: zachowania samych użytkowników. Wielu właścicieli kotłów pelletowych nie przygotowało odpowiedniej przestrzeni magazynowej. Kupowali pellet na bieżąco, zakładając, że zawsze będzie dostępny w składzie, tak jak węgiel czy gaz w sieci. Tymczasem pellet wymaga planowania. W praktyce użytkownik powinien mieć możliwość przechowania zapasu odpowiadającego co najmniej połowie sezonu grzewczego. Brak zapasu oznacza wejście w sezon grzewczy z ryzykiem, że przy pierwszym skoku popytu rynek stanie się pusty jak półki z papierem toaletowym w czasach pandemii.
Za granicą posiadanie pojemnego magazyny pelletu w gospodarstwach, które ogrzewają się tym paliwem jest standardem. Samego pelletu nie kupuje się w workach, tylko transportuje pneumatycznie do magazynu z cysterny, która podjeżdża pod dom. Można mieć wrażenie, że w Polsce rozwinęliśmy technologie bez zaplecza i edukacji jej użytkowników.
Źródła: własne, KAS










