Tani projekt, drogi problem. Dlaczego flipperzy w fotowoltaice nie radzą sobie dobrze

Z pozoru intratny interes: kupujesz projekt farmy PV, załatwiasz dokumentację i sprzedajesz z zyskiem. W praktyce wielu inwestorów coraz częściej zostaje z "papierowym aktywem", którego nikt nie chce kupić. Dlaczego moda na flipping w OZE gaśnie, a inwestorzy obawiają się przyszłości rynku?

Zdjęcie autora: Redakcja GLOBEnergia

Redakcja GLOBEnergia

  • Ceny projektów farm PV spadły drastycznie, co sprawiło, że flipping w OZE stał się nieopłacalny, a wielu inwestorów zostało z niesprzedawalnymi dokumentacjami.
  • Brak weryfikacji prawnej i technicznej, problemy z przyłączeniami i nieatrakcyjna skala projektów odstraszają dużych graczy i utrudniają sprzedaż.
  • Szansę mają jedynie projekty z magazynami energii i elastycznym zarządzaniem, pod warunkiem wysokiej jakości i dobrego przygotowania.

Flipping po polsku, czyli OZE z drugiej ręki

Zjawisko tzw. flippingu, znane z rynku mieszkaniowego, przeniosło się na rynek odnawialnych źródeł energii. Tu "flipper" to nie remontujący stare farmy PV inwestor, ale podmiot kupujący prawa do działki i dokumentację projektową, by sprzedać wszystko dalej z marżą. Przez moment było to łakomym kąskiem dla firm i inwestorów liczących na szybki zarobek bez ryzyka budowy. Jednak obecnie ten model biznesowy przeżywa poważne kłopoty.

Głównym problemem jest szybki spadek cen. Projekty, które kosztowały 150 tys. euro za megawat, obecnie wyceniane są nawet poniżej 60 tys. euro. Podobnie spadły koszty budowy farmy PV z 4 mln zł za megawat do nawet 1,8 mln zł. W efekcie gotowe projekty stały się niekonkurencyjne wobec budowy od zera. Ceny dokumentacji przestały mieć ekonomiczny sens, a inwestorzy przestali kupować "gołe" projekty bez sprawdzenia ich opłacalności.

Patologie i pułapki rezerwacji

Wielu graczy weszło w rynek bez odpowiedniego przygotowania. Pojawiły się przypadki nieprzemyślanych rezerwacji terenów i mocy przyłączeniowych, co doprowadziło do zatorów i blokowania potencjalnie lepszych inwestycji. Projekty z pozoru opłacalne, okazywały się nierealne ze względu na długie trasy kablowe, przeprowadzane przez rzeki czy zurbanizowane tereny. Co gorsza, wiele z nich nie było zweryfikowanych prawnie ani technicznie.

Więcej na ten temat posłuchasz w najnowszym odcinku Energetycznego Talk-Show:

Duzi inwestorzy, jak spółki skarbu państwa, wolą kupować farmy dziesięciomegawatowe niż 10 projektów po 1 MW. Przyczyny są prozaiczne: logistyka, serwis, koszty zarządzania i ekonomia skali. Rozdrobnione projekty są dla nich nieatrakcyjne. Tymczasem wiele "papierowych farm" oferowanych przez flipperów to właśnie małe jednostki rozsiane po całym kraju.

Redysponowanie jako straszak

Do tego dochodzi czynnik nowy, ale istotny: rynek zderzył się z problemem redysponowania mocy, czyli czasowego wyłączania źródeł OZE przez operatorów sieci. Dla inwestora to cios w przewidywalność zysków. W połączeniu z prognozami cen energii, które nie wskazują na wzrosty, powoduje to dużą ostrożność przy zakupach.

Nie wszystko jednak stracone. Projekty, które zakładają budowę magazynów energii lub elastyczne zarządzanie przyłączeniami nadal mogą liczyć na zainteresowanie. Warunkiem jest jednak dobra lokalizacja, realna ocena ryzyk i profesjonalna dokumentacja. Rynek dojrzewa i coraz mniej toleruje inwestycyjny "greenwashing".

Dziś wiadomo jedno: era przypadkowych inwestorów w OZE powoli się kończy. Działki kupowane na chybił trafił, bez znajomości lokalnych uwarunkowań i sieciowych ograniczeń, często okazywały się inwestycyjną miną. Dlatego coraz częściej z rynku znikają flipperzy, a zostają profesjonaliści z zapleczem prawnym, technicznym i finansowym.

Zdjęcie autora: Redakcja GLOBEnergia

Redakcja GLOBEnergia