Ujemne ceny energii to nie wina fotowoltaiki. Problemem są prognozy i brak elastyczności

Ujemne ceny energii łatwo zrzucić na fotowoltaikę, bo to ona najmocniej produkuje wtedy, gdy ceny spadają. Ale głęboki minus na rynku często mówi więcej o źle dobranych kontraktach, nietrafionych prognozach i braku elastyczności niż o samych panelach. Kto naprawdę dopłaca do energii, gdy rynek wpada pod kreskę?

Ujemne ceny energii łatwo zrzucić na fotowoltaikę, bo to ona najmocniej produkuje wtedy, gdy ceny spadają. Ale głęboki minus na rynku często mówi więcej o źle dobranych kontraktach, nietrafionych prognozach i braku elastyczności niż o samych panelach. Kto naprawdę dopłaca do energii, gdy rynek wpada pod kreskę?

Zdjęcie autora: Redakcja GLOBEnergia

Redakcja GLOBEnergia

Ujemne ceny energii łatwo zrzucić na fotowoltaikę, bo to ona najmocniej produkuje wtedy, gdy ceny spadają. Ale głęboki minus na rynku często mówi więcej o źle dobranych kontraktach, nietrafionych prognozach i braku elastyczności niż o samych panelach. Kto naprawdę dopłaca do energii, gdy rynek wpada pod kreskę?
  • Ujemna cena nie oznacza, że farma PV sama z siebie chce płacić za produkcję. Ktoś na rynku musi wystawić ofertę poniżej zera, zwykle dlatego, że został z energią, której nie potrafi zagospodarować.
  • Problem narasta w dni z niskim zapotrzebowaniem i wysoką produkcją z OZE, np. w słoneczne weekendy. Jeśli spółki obrotu źle przewidzą pobór klientów, wolą sprzedać energię tanio lub na minusie, niż ryzykować droższe rozliczenie na rynku bilansującym.
  • Rozwiązaniem nie jest szukanie winnego w fotowoltaice, tylko większa elastyczność systemu. Lepsze prognozy, magazyny energii, taryfy dynamiczne i sterowanie poborem mogą ograniczać skrajne ceny oraz redysponowanie OZE.

Minusowe ceny energii łatwo sprowadzić do prostego hasła: „to przez fotowoltaikę”. W południe świeci słońce, instalacje produkują dużo prądu, zapotrzebowanie jest niskie i ceny spadają. Taki opis jest wygodny, ale niepełny. Ujemna cena nie pojawia się dlatego, że sama farma PV „chce” dopłacać do produkcji. Najczęściej oznacza, że ktoś na rynku źle przewidział zapotrzebowanie albo został z zakontraktowaną energią, której musi się pozbyć.

Sieć musi być zbilansowana zawsze

W systemie elektroenergetycznym nie może być „za dużo prądu” w potocznym sensie. Produkcja i zużycie muszą się równoważyć w każdej chwili. PSE jako operator systemu przesyłowego odpowiada za bilansowanie KSE, czyli dostosowywanie produkcji energii elektrycznej do jej zużycia. Jeśli tej równowagi zabraknie, pojawiają się odchyłki częstotliwości i nieplanowane przepływy mocy, które mogą zagrozić pracy systemu.

Dlatego lepiej mówić nie o „nadmiarze prądu w sieci”, tylko o sytuacji, w której w danym momencie istnieje możliwość wyprodukowania większej ilości energii, niż odbiorcy są gotowi zużyć.

Ktoś musi złożyć ofertę poniżej zera

Kluczowe pytanie brzmi: kto właściwie sprzedaje energię po cenie ujemnej? Właścicielowi farmy fotowoltaicznej zwykle bardziej opłaca się ograniczyć produkcję, niż dopłacać do każdej megawatogodziny. 

“Za te ceny ujemne, za to redysponowanie, za to niezbilansowanie, w mojej ocenie ani nie są odpowiedzialne źródła odnawialne, ani nie są odpowiedzialne źródła konwencjonalne, a może dziwnie to zabrzmi, odpowiedzialny jest człowiek i cyfryzacja” – komentuje Bogdan Szymański w Energetycznym Talk Show redakcji GLOBENERGIA.

Mechanizm jest prostszy, niż wygląda. Spółka obrotu kontraktuje energię z wyprzedzeniem: częściowo w kontraktach terminowych, częściowo na rynku dnia następnego i dnia bieżącego. Musi przewidzieć, ile prądu jej klienci zużyją, a ile energii dostarczą źródła, z którymi ma umowy. Jeśli prognoza się rozjedzie, pojawia się problem.

Majówka, słońce i źle dobrany portfel

Wyobraźmy sobie długi weekend. Pogoda jest dobra, zapotrzebowanie spada, część odbiorców wyjeżdża, a prosumenci zużywają własny prąd z fotowoltaiki. Spółka, która wcześniej zakontraktowała zbyt duży wolumen, widzi dzień wcześniej, że nie będzie w stanie go wcisnąć swoim odbiorcom. Wtedy może próbować sprzedać energię bardzo tanio, nawet po cenie ujemnej, żeby uniknąć wejścia z dużym wolumenem na rynek bilansujący. Tam ryzyko jest znacznie większe, bo cena rozliczeniowa może być znana dopiero po fakcie.

To dlatego mocno ujemne ceny są raczej objawem niedopasowania kontraktów, prognoz i pracy systemu niż prostym dowodem na za dużo OZE. Fotowoltaika jest widoczna, bo produkuje w konkretnych godzinach i łatwo ją wskazać palcem. Ale sama obecność PV nie tłumaczy jeszcze, dlaczego ktoś wystawił energię po minusowej cenie.

Problemem jest brak elastyczności

OZE zwiększają zmienność systemu, ale nie muszą być problemem, jeśli rynek potrafi na tę zmienność reagować. Potrzebne są lepsze prognozy, magazyny energii, elastyczne zużycie, taryfy dynamiczne i odbiorcy, którzy mogą przesuwać pobór na godziny taniej energii.

Ujemne ceny nie są więc wyrokiem na fotowoltaikę. Są sygnałem, że polski rynek energii uczy się pracy w nowych warunkach – z większą liczbą źródeł rozproszonych, większą autokonsumpcją i większą potrzebą szybkiego reagowania.

Opracowano na podstawie Energetycznego Talk Show redakcji GLOBENERGIA

Zdjęcie autora: Redakcja GLOBEnergia

Redakcja GLOBEnergia