Patrycja Rapacka: Lidio, jesteś ekspertką z ponad 14-letnim doświadczeniem w unijnych i globalnych negocjacjach klimatycznych. Czy Polska jest dobrym negocjatorem w rozmowach na temat klimatu?

Lidia Wojtal: Przede wszystkim trzeba odpowiedzieć na pytanie, czy mówimy o przeszłości, czy o teraźniejszości, gdyż dużo się zmieniło. Kiedy w 2006 r. zaczęłam zajmować się negocjacjami, było dosłownie tylko kilka osób, które specjalizowały się w tym – i to dość wyrywkowo, szczególnie jeśli chodzi o globalną politykę klimatyczną. W przypadku unijnej polityki klimatycznej niewiele więcej było wiadomo poza tym, że w bardzo krótkim czasie trzeba było stworzyć instytucje, które umożliwiały wdrożenie systemu handlu uprawnieniami do emisji (EU ETS).

Z chwilą wejścia Polski do UE musieliśmy się zmierzyć z trójwymiarowością polityki klimatycznej. Już wcześniej byliśmy częścią globalnego systemu – Konwencji Klimatycznej i Protokołu z Kioto, ale po 2004 r. trzeba było nauczyć się patrzeć na ten system i powiązane negocjacje z punktu widzenia UE oraz jednocześnie dbać o własne interesy. Wtedy nie rozumieliśmy tych zależności, ale mam wrażenie, że nie było też presji, by je zrozumieć. Dopiero w 2008 r., w którym miał miejsce szczyt w Poznaniu, temat globalnej polityki klimatycznej, którą Polska powinna umieć moderować, także poprzez dyskusję wewnątrzunijną, został wreszcie na poważnie wzięty pod uwagę.

Stworzono polski zespół negocjacyjny, czyli ekspertów, którzy regularnie uczestniczyli w spotkaniach grup eksperckich i grupy roboczej Rady UE. Te osoby na bieżąco współpracowały z wszystkimi krajami członkowskimi, by razem wynegocjować wspólne stanowisko, które UE prezentowała na poziomie globalnym. Po poznańskim szczycie było wiele etapów, w ramach których uczestnictwo w globalnych negocjacjach wychodziło nam raz lepiej, raz gorzej. Ale przynajmniej od 2007 r., kiedy ja się w nich pojawiłam, byliśmy jako Polska stale obecni w negocjacjach, zachowując pamięć instytucjonalną i wiedzę ekspercką. Polski zespół negocjacyjny z czasem także się zmieniał. Bywało, że przychodziły osoby, które szybko uczyły się meritum, procesów i szybko orientowały się, na co zwracać uwagę. Ale czasami dostawaliśmy kogoś, kto był w zespole tylko pół roku, wykazując niewielkie zainteresowanie procesem negocjacji, a większe np. samym prestiżem jaki dawał udział w szczycie klimatycznym. Trudno było wycisnąć korzyści z posiadania takiej osoby w zespole. Trudno mi też ocenić jak wyglądało polskie uczestnictwo w globalnej polityce klimatycznej przed 2006 r. Po takie informacje odsyłam do prof. Macieja Sadowskiego, skarbnika wielu ciekawych historii o początkach polskiego zaangażowania w globalne negocjacje klimatyczne.

Jeśli natomiast pytasz o skuteczność Polski w negocjacjach, to należałoby najpierw uściślić co przez to rozumiemy. Na ogół chodziło nam niestety jedynie o to, by uniknąć ewentualnych „min” w stanowisku UE, czyli takich zapisów, które potencjalnie godziłyby w nasz narodowy, w dużej części węglowy interes. Tu byliśmy szalenie stanowczy i skuteczni, choć ciężko to nazwać bardzo satysfakcjonującą pracą. Nie miało priorytetu wyszukiwanie z koleżankami i kolegami z UE wspólnych i nowych rozwiązań na potrzeby postępu w globalnych negocjacjach. No chyba, że akurat byliśmy albo przygotowywaliśmy się do bycia Prezydencją COP lub UE. A ponieważ to pierwsze przydarzyło się Polsce łącznie aż cztery razy, to z biegiem czasu i dzięki kolejnym COP-om, możliwości, doświadczenie i umiejętności polskiego zespołu ewoluowały i to w tę dobrą stronę. Dziś polscy negocjatorzy klimatyczni są dzięki temu rozpoznawalni i szanowani, ale założę się, że słowo „dekarbonizacja” wyśledzone w dokumencie unijnym nadal wzbudza popłoch. Bardzo bym chciała, żeby to się na trwałe zmieniło.

Taka negatywna postawa wynika z naszej mentalności, roszczeniowej postawy czy z utartych schematów myślenia, których wad już nie widzimy?

Nie powiedziałabym, że jest to postawa roszczeniowa. Jeśli czegoś nie rozumiemy, to się tego boimy. W przypadku Polski, nie dość, że nie rozumieliśmy polityki klimatycznej, to poziom zainteresowania polskich decydentów tym tematem był niski. Z kolei poziom wyparcia był bardzo wysoki. Pewnie dlatego nie zależało tym decydentom, by Polska wychodziła z pomysłami, przeznaczyła czas swoich ekspertów, aby popychać do przodu negocjacje unijne, a w rezultacie globalne. Koncentrowaliśmy się głównie na tym, by coś przypadkiem nie wybuchło. Dlatego moim zdaniem to nie była roszczeniowość. Wolelibyśmy, żeby polityki klimatycznej nie było. Mimo tego ona była i musieliśmy sobie z nią radzić i na wszelki wypadek bronić się przed nią.

Minęło pięć lat od dnia, w którym zawarto nowe globalne porozumienie klimatyczne w Paryżu. Jak oceniasz z perspektywy czasu wyznaczone cele oraz postępy w jego realizacji na poziomie Polski i w skali globalnej?

Patrząc na poziom globalny, to Porozumienie weszło w życie w rekordowym czasie, czyli już po roku od przyjęcia. Nikt się nie spodziewał tego w grudniu 2015 r. Oczekiwaliśmy wejścia w życie w 2020-2021 r. Było to bardzo pozytywne zaskoczenie dla nas wszystkich.

Wtedy panowało pesymistyczne podejście do realizacji Porozumienia?

Tak. Protokół z Kioto został wynegocjowany w 1997 r., wszedł w życie w 2005 r., czyli z 8-letnią przerwą. Podejrzewano, że proces ratyfikacji pozwalający na wejście Porozumienia Paryskiego w życie będzie trwał przynajmniej kilka lat. Stąd też cele zgłoszone w ramach Porozumienia zostały wyznaczone począwszy od roku 2021 i – w zależności od państwa – obowiązują 5 lat (2021-2025) lub 10 lat (2021-2030). Nagle okazało się więc, że mamy w zapasie 4 lata, z którymi nie do końca wiadomo co zrobić. Ale polityka nie zna próżni.

Tę lukę czasową wypełniły dwie ścieżki. Jedna mówiła o drugim okresie zobowiązań Protokołu z Kioto, który zaczął się w 2013 r., skończy się wraz z końcem 2020 r. Druga ścieżka to były wczesne działania w ramach Porozumienia Paryskiego, gdzie ocenie podlegały cele zgłoszone już w 2016 r., ale także doprecyzowywane były zasady działania tego Porozumienia. Mowa o Katowice Rulebook, czyli zestawie kilkudziesięciu decyzji określających szczegółowe prawa i obowiązki stron Porozumienia.

Osobiście jestem dużą zwolenniczką Porozumienia Paryskiego. Uważam, że na tamtą chwilę, ale w sumie i na obecną, nie udało by się nic lepszego wynegocjować. Najważniejszym elementem Porozumienia jest zobowiązanie przedłużania swojego celu przez każdą jego stronę, gdyż Porozumienie nie ma daty końcowej. Drugim głównym uzyskiem jest to, że cele nie są statyczne. Są to cele rozwojowe, które mają być zwiększane co 5 lat. Obecnie państwa, które mają ustalony cel redukcji na 10 lat, mogą potwierdzić, że pozostają z danym poziomem, ale mogą sobie go także podwyższyć. W tej drugiej sytuacji jest obecnie UE, która teraz ma podjąć decyzję o ile podniesie swój cel na 2030 r., bo na podniesienie jako takie zdecydowała już na październikowej Radzie Europejskiej. Najprawdopodobniej będziemy zwiększać cel redukcji z poziomu 40 proc. do 55 proc.

A perspektywa polska?

Niestety mamy trwałą dychotomię. Z jednej strony cieszymy się, że jesteśmy aktywni w tym procesie globalnym. Mamy ku temu powody, bo przewodniczyliśmy czterem szczytom, które zakończyły się sukcesem. Nie ma więc wątpliwości, jeśli chodzi o bycie gospodarzem szczytu i zawiadywanie tym wydarzeniem jesteśmy w światowej czołówce. Problemem jest przekładanie się naszego zaangażowania na to, co w związku z realizacją postanowień globalnych powinno się zadziać na poziomie unijnym i krajowym. I kończy się to tak, że cieszymy się, że mamy globalny sukces, po czym wracamy do domu, i udajemy, że nic się nie stało i że nie musimy niczego w związku z tym robić.

Najlepszym dowodem jest to, że w Polsce po szczycie klimatycznym w Katowicach niewiele osób było świadomych tego, co w praktyce dla świata i Polski oznacza ten sukces. Po pierwsze, niewiele osób ten sukces w ogóle zrozumiało, po drugie, co mnie bardziej martwi, nadal niewiele osób rozumie, że system ustalony w Paryżu i doprecyzowany w Katowicach, ma wpływ na to, jak będziemy działać w ramach unijnej polityki klimatycznej. A jak będzie? Co pięć lat nasze cele klimatyczne będą podnoszone. Ważne jest dotarcie do polskich odbiorców z tą informacją, zarówno do przedsiębiorców, jak i członków rządu, w którym właściwie chyba tylko Minister Kurtyka i jego najbliższe otoczenie rozumie znaczenie tych ustaleń. I dlatego właśnie myślę, że za góra pięć lat znów będzie zaskoczenie, że trzeba zmieniać cele i zastanawianie się, skąd te pomysły się biorą. A one są i z COP19 w Warszawie, COP21 w Paryżu i COP24 w Katowicach. Globalna polityka klimatyczna, w którą tak prestiżowo i z ochotą się angażowaliśmy, ma bardzo realne skutki dla UE i dla Polski.

Lidia Wojtal

Dokładnie, Katowice były gospodarzem szczytu klimatycznego COP24. Jak wspominasz to wydarzenie? Czy w Polsce w ciągu tych dwóch lat zmieniło się postrzeganie polityki klimatycznej i transformacji energetycznej?

Po COP24 zauważyłam kilka ważnych zmian, ale nie na poziomie rządowym. To było na poziomie społeczeństwa obywatelskiego, gdzie zaangażowała się młodzież, powstało wiele organizacji, które zechciały się uczyć o tym, jak polityka klimatyczna wpływa na Polskę i jak Polska wpływa na klimat i politykę klimatyczną. Powoli zaczęły się też pojawiać zainteresowane tym tematem polskie media. Obserwowanie tego wzmożenia było dla mnie sporym przeżyciem, bo dostrzegłam w nim początek transformacji – nie tyle systemowej, co w naszych głowach.

Czy widać było zmiany w procesie polskiej transformacji energetycznej na tym etapie?

Niestety to nie COP24 miał wpływ na rozpoczęcie transformacji w Polsce. Gdyby tak było, to na samym szczycie w Katowicach nie mielibyśmy chociażby wystawy z węglem i prezentacji naszych spółek energetycznych, które zupełnie bez obciachu chwaliły się inwestycjami w paliwa kopalne. To dowodziło bardzo głębokiego niezrozumienia tego, czym te negocjacje się charakteryzują i co jest ich celem. A na domiar radości, chwilę przed szczytem Ministerstwo Energii nie omieszkało pochwalić się projektem polityki energetycznej do 2040 r. Miał się on nijak do prezentowanego w tym samym czasie przez Komisję Europejską komunikatu „Czysta planeta dla wszystkich”.

Czy COP24 coś zmienił na płaszczyźnie globalnej?

Tak i to dużo. Pragnę po raz kolejny podkreślić, mało kto to w Polsce zrozumiał. Nie było tajemnicą, że szanse na to, że szczyt w Katowicach może stać się spektakularną porażką, były bardzo wysokie. Wynikało to z szeregu czynników, w tym z tego, że USA zapowiedziały już wtedy wyjście z Porozumienia, a do uzgodnienia pozostawała wręcz niemożliwa ilość szczegółowych wytycznych. Bez nich wiele z zapisów Porozumienia byłoby nieegzekwowalnych. Gdyby więc Polska ten szczyt położyła – nawet bez swojej winy, to i tak musiałaby za to zapłacić politycznie i medialnie. Ponadto taka porażka pomogłaby wielu przeciwnikom (otwartym lub nie), którzy twierdzą, że polityka klimatyczna, zwłaszcza ta prowadzona na forum multilateralnym, nie ma poparcia i nie ma szans być skuteczna. Z drugiej strony porażka odebrałaby nadzieję rodzącym się także w Polsce ruchom proklimatycznym. Jednak się udało. Dopiero następny szczyt klimatyczny w Madrycie pokazał, jak źle mogą pójść negocjacje, jeśli z jednej strony brakuje woli politycznej, z drugiej strony prezydencja nie jest w stanie pokierować negocjacjami. W Katowicach mogło się wydarzyć to samo, co w Madrycie, ale na szczęście się nie wydarzyło. Polska jako prezydencja wiedziała dobrze, co ma zrobić, żeby zapobiec katastrofie i zrealizować cele szczytu. W tym zakresie trzeba więc pogratulować i trzymać stronę Polski, która zapobiegła rozpadowi multilateralizmu już na tamtym etapie. Po  Madrycie atmosfera wokół globalnych negocjacji klimatycznych zaczęła mocno się psuć i na pewno nie pomogła jej pandemia koronawirusa na początku 2020 r. W jej wyniku plany na zielone i zrównoważone inwestycje oraz przygotowanie zwiększonych celów redukcyjnych stały się mocno wątpliwe. Ostatecznie w globalnej polityce klimatycznej zapanował stan pomiędzy marazmem a strachem, co dało się dobrze odczuć w drugim kwartale tego roku. Przełożenie szczytu COP26 w Glasgow na 2021 r. było w tej sytuacji decyzją uzasadnioną i sensowną. Nie było innego wyjścia – tak pod kątem zdrowotnym, jak i zdroworozsądkowym.

Czy szczyt klimatyczny mógłby być organizowany w wersji online?

Nie da się z wielu powodów. Negocjacje toczą się w dość ograniczonym gronie negocjatorów wyznaczonych przez grupy państw, które z kolei wcześniej muszą się skoordynować. Takich spotkań w tym samym czasie może być od kilkunastu do kilkudziesięciu. Także poszczególne spotkania w trakcie szczytu mają różną rangę i status określający możliwość ich upublicznienia. Oznacza to, że w wielu przypadkach wyłącznie odpowiednio umocowani reprezentanci rządów mogą brać w nich udział. Ponadto, większość kompromisów, przed ich oficjalny potwierdzeniem, zawieranych jest na poziomie nieformalnym albo quasi-formalnym, w rogu sali, przy stoliku kogoś, kto akurat ma pomysł na rozwiązanie i odpowiednią charyzmę, by to zaproponować. Także na korytarzu, gdzie negocjatorzy zbierają się spontanicznie w grupach. Wypracowywane rozwiązania często przechodzą przez bardzo nieoczywistą ścieżkę konsultacji i akceptacji. Do tego rodzaju pracy potrzebne jest zaufanie pomiędzy negocjatorami, które ciężko uzyskać w trybie spotkań online. A już na sam koniec, kiedy już mamy potencjalnie akceptowalną propozycję, trzeba się mierzyć z tym, że może ona nie zostać przyjęta. Sprzeciw możliwy jest do samego końca, a decyzje podejmowane są w drodze konsensusu. Teraz wyobraźmy sobie, że jednemu z żywotnie zainteresowanych negocjatorów zrywa się połączenie, kolejny ma problemy techniczne, a jeszcze inny nie dostał linka do spotkania, bo ktoś, kto rozsyłał zaproszenia zrobił przypadkiem literówkę w mailu. Możliwość wykluczenia danej osoby z obrad powoduje, że spotkania stają się nieinkluzywne, czyli takie, które z premedytacją lub bez, wykluczają strony, które mają prawo w nim uczestniczyć. Przypomnijmy, że mamy prawie 200 państw, które mają prawo brać udział w negocjacjach.

Nie wiemy jak będzie rozwijała się pandemia. Zakładając pesymistyczny scenariusz, czy kolejne odwołanie i przełożenie szczytu wpłynie na realizacji polityki klimatycznej?

Z marazmu, o którym powiedziałam wcześniej, wybiła nas początkowo UE, która stwierdziła, że kiedy by ten kryzys się nie skończył, to spróbujemy się odbudować na zielono i stać się pierwszym neutralnym klimatycznie kontynentem. Potężny pozytywny bodziec przyszedł jednak ze strony Chin, które jeszcze w trakcie pandemii, zupełnie jednostronnie, nie czekając na Stany Zjednoczone, oraz na chwilę przed formalnym wyjściem z Porozumienia, ogłosiły ustanowienie swojego celu długoterminowego. Zadeklarowały osiągnięcie neutralności dotyczącej CO2 do 2060 r. zupełnie zaskakując tym resztę świata, bo nie miały takiego obowiązku, a już na pewno nie w tamtym momencie. To pociągnie za sobą niechybnie zaostrzenie chińskiego celu na 2030 r. – i tu nadal czekamy na szczegóły. Jednak to był bodziec rozpoczynający reakcję łańcuchową. Szybko doszły Japonia i Korea z własnymi celami neutralności, a od początku listopada wiemy także, że do klubu ambitnych przyłączą się ponownie Stany Zjednoczone. Zresztą, nieco histeryczne stanowisko Donalda Trumpa wobec Porozumienia Paryskiego zawsze mnie trochę bawiło, w szczególności jego uwagi o tym, że Porozumienie nakłada na USA jakieś niesprawiedliwe cele czy zobowiązania. Stany same zdecydowały o tym, jaki cel przedłożyły na poziom międzynarodowy. To jest właśnie istota tego porozumienia, a nazwa planów przedkładanych w ramach Porozumienia „krajowo określone wkłady”, ukuta na COP19 w Warszawie, tę oddolność i dobrowolność podkreśla. Tak czy inaczej, mam nadzieję, że ten mroczny okres w klimatycznej historii USA jest już za nami. Prezydent elekt Joe Biden zapowiedział kierunek zielonego wzrostu, neutralności klimatycznej, ale i powrót do Porozumienia Paryskiego tak szybko jak to możliwe.

Dokładnie. USA 4 listopada formalnie opuściły Porozumienie paryskie. Biden zadeklarował, że po objęciu prezydentury dokona, jak to nazwałaś w jednej z rozmów, “odwrotu od odwrotu”. Czy kraje mogą sobie przystępować do porozumienia i rezygnować z niego wraz ze zmianą władzy politycznej? Wygląda to moim zdaniem trochę niepoważnie.

Porozumienie paryskie nie przewiduje sankcji za występowanie z niego, są regulacje określające jak ma wyglądać procedura wystąpienia i ewentualny powrót do takiego porozumienia. Tak, teoretycznie może wyglądać to niepoważnie, ale koniec końcem decyzja o byciu stroną porozumienia to skutek wyważenia potrzeb, pewnych interesów, wizerunku, potrzeb ekonomicznych. To, że niektóre państwa zaczęły inwestować w zielone technologie nie było związane tylko z tym, że bardzo dbają o klimat, ale z tym, że czują po prostu w tym interes. Poza tym wystąpienie z takiego porozumienia może się wiązać z utratą rynków zbytu albo dogradacją w rozmowach na najwyższym szczeblu. Od jakiegoś czasu trwają rozmowy o zapisach klimatyczno-energetycznych i środowiskowych w międzynarodowych umowach dwustronnych i wielostronnych dotyczących np. handlu. I dobrze, bo dbanie o klimat nie dla wszystkich jest tak ważne jak relacje gospodarcze i dyplomatyczne z innymi państwami, a właśnie wystąpienie z porozumienia może mocno nadszarpnąć możliwości we współpracy międzynarodowej.

W obecnych realiach geopolitycznych bardziej kraj traci na wystąpieniu, niż samo Porozumienie?

Dokładnie. Za czasów Trumpa, który mocno gloryfikował paliwa kopalniane, sektor węglowy nie miał się zbyt dobrze – z rynku wypychał go gaz. Na to wszystko nałożył się prężny rozwój OZE. Mimo to Trump zdecydował o wyjściu z Porozumienia Paryskiego i udało mu się to, ale moim zdaniem to nie było nic więcej niż buńczuczne pokazanie, że jeśli Prezydent USA chce, to może. Warto jednak zauważyć, że Konwencji klimatycznej nie porzucił – USA nadal są jej stroną, bo w przeciwnym razie nie byłyby w stanie uczestniczyć i kontrolować globalnej dyskusji, która ma potencjalnie ogromne konsekwencje nie tylko dla ochrony klimatu, ale dla przyszłego kształtu świata. Bo jednak system ONZ to system naczyń połączonych – kwestie uzgodnione na forum negocjacji klimatycznych znajdują się potem w innych międzynarodowych dokumentach dotyczących np. gospodarki, zdrowia czy technologii.

Czy w przypadku już oficjalnej prezydentury Bidena spodziewasz się sporej rewolucji? Czy wpłynie to na globalną politykę klimatyczną?

Podczas pierwszych rozmów telefonicznych ze światowymi przywódcami, klimat był jednym z głównych tematów. Biden twierdził, że postara się, co jest bardzo ciekawe, w jakiś sposób piętnować tych, którzy nie będą chcieli honorować swoich zobowiązań klimatycznych. Ponadto, doskonale zdaje sobie sprawę z wagi presji politycznej i nawet zapowiedział, że zorganizuje swój szczyt klimatyczny. Reszta świata obserwując takie ruchy, a także biorąc pod uwagę to, co ogłosiły już UE czy Chiny, nie będzie miała już wątpliwości, że warto zaangażować się w politykę klimatyczną. Weźmy na przykład Rosję, która generalnie pozoruje działania klimatyczne, ale wzięła już pod uwagę to, że UE może wprowadzić podatek od CO2 na granicy. UE zaczyna mówić o wodorze, więc Rosja widzi tu także interes, choć pewnie wolałaby mówić o takim, który produkowany z gazu, a nie dzięki OZE. Być może – jeśli zajdzie taka potrzeba, to ich elektrownie jądrowe będą mogły produkować energię, która będzie milej widziana w krajach UE. Myślę, że już w tym roku po maraźmie z pierwszego półrocza, od 2021 r. będziemy obserwować wysyp świeżo odnalezionej ambicji klimatycznej. Państwa będą przychodzić na forum globalne z dwojakimi celami: na 2030 r. oraz z tymi, które będą określały redukcję w procesie długofalowym, czyli 2050 r. Ten proces zacznie się właśnie teraz w grudniu, w 5-lecie Porozumienia Paryskiego.

Obecnie jest kilka palących problemów w globalnej agendzie jak pandemia czy konflikty międzynarodowe. Biorąc to pod uwagę, jak skłonić społeczność międzynarodową do zwrócenia uwagi na zmiany klimatyczne?

Jest to bardzo trudny temat, bo pandemia, jak sama nazwa wskazuje, jest na całym świecie. Uważam, że w przypadku UE jesteśmy uprzywilejowani, gdyż mamy instytucje ponadpaństwowe wychodzące poza stricte krajowe problemy. Komisja Europejska, Rada i Parlament dość wcześnie zaczęły myśleć o tym, co ma nastąpić po pandemii i jak się odbudować. Dla wielu państw pozaueuropejskich możliwość pracy nad takim planem jest mrzonką, bo zbyt pochłaniają je bieżące kryzysy, w tym te spowodowane przez COVID-19. Dlatego tak ważne są międzynarodowe spotkania ukierunkowane na zieloną odbudowę. Dzięki nim możliwe jest dzielenie się – na najwyższym szczeblu – nie tylko ambicjami, ale także konkretnymi pomysłami na to, jak taką zieloną odbudowę zaplanować. Niebagatelną rolę w tym procesie odgrywają także międzynarodowe instytucje finansowe wyznaczające kierunki wsparcia dla określonych typów inwestycji. Zwrócenie uwagi na zmiany klimatu jest więc możliwe, ale jest o tyle skuteczniejsze, o ile uda się odpowiednio dobrać kontekst i format do dyskusji wśród światowych decydentów. Stąd też bierze się tak duży nacisk na to, co i w jaki sposób dyskutowane jest na takich forach jak G7 i G20.

Lidia Wojtal - GLOBEnergia.pl

Czego życzysz Porozumieniu Paryskiemu w dniu jego piątych urodzin?

Wystarczy, by wszystkie strony faktycznie wypełniały zobowiązania, które są w tym Porozumieniu zapisane. Jest to gwarancja, by w ciągu następnych 10 lat uzyskać ogromny postęp w ochronie klimatu. Istota i główne założenia tego Porozumienia są dla wszystkich dość jasne. Tymczasem dużo energii negocjacyjnej marnuje się na kłótnie o słówka  i to, co de facto oznacza konkretny zapis. Bardzo często dyskusje to gra polityczna i teatralna, która powinna być zasadniczo zbędna, a jednak odgrywa przesadnie istotną rolę. A przecież jedyne, czego tak naprawdę potrzebujemy, to uczciwie wyższe cele redukcyjne przekładane przez wszystkie państwa co pięć lat i wsparcie dla państw, które są najbardziej narażone na negatywne skutki zmian klimatu i rzetelne zaplanowanie adaptacji do tych zmian, których już nie unikniemy. Wystarczy więc, że będziemy realizować przyjęte zobowiązania i nie wymyślać już dodatkowych utrudnień w funkcjonowaniu Porozumienia paryskiego.

Rozmawiała Patrycja Rapacka

Lidia Wojtal

Ekspertka Agora Energiewende, była polska negocjatorka klimatyczna