Rząd planuje luzowanie warunków koncesji, ale OZE nadal na smyczy

Czy obowiązek koncesji dopiero od 5 MW mocy instalacji to przełom? Rząd szykuje deregulację przepisów dla instalacji OZE, ale przyglądając się przepisom bliżej ciężko jest ukryć frustrację: to nadal traktowanie gorsze w porównaniu z energetyką konwencjonalną.

- Rząd chce podnieść próg koncesyjny dla instalacji OZE z 1 MW do 5 MW, ale to nadal daleko od pułapu 50 MW obowiązującego dla energetyki konwencjonalnej, co rodzi zarzuty o nierówne traktowanie.
- Eksperci wskazują, że obowiązek koncesji dla małych instalacji OZE jest anachroniczny i stanowi barierę administracyjną utrudniającą rozwój rozproszonej energetyki.
- Postuluje się pełne zniesienie obowiązku koncesji do 50 MW dla wszystkich typów instalacji, jako krok ku sprawiedliwemu i nowoczesnemu systemowi energetycznemu.
Limit w górę, ale czemu tak nisko?
Aktualne przepisy wymagają uzyskania koncesji na wytwarzanie energii elektrycznej dla instalacji OZE przekraczających 1 MW. Nowa propozycja zakłada podniesienie tego limitu do 5 MW, co na pierwszy rzut oka może wydawać się istotnym ułatwieniem. Jednak w praktyce rynkowej, gdzie instalacje o mocy kilku megawatów to wciąż niewielcy gracze, trudno mówić o realnej zmianie reguł gry.
Dla porównania: energetyka konwencjonalna musi ubiegać się o koncesję dopiero od pułapu 50 MW. Oznacza to, że mimo rzekomej deregulacji, odnawialne źródła energii pozostają pod znacznie ostrzejszym reżimem administracyjnym. Patrząc na tę propozycję ciężko nie zadać sobie pytanie: dlaczego zielone instalacje są ciągle traktowane jak zagrożenie, a nie szansa?
Czy koncesja to relikt przeszłości?
Coraz częściej pojawia się pytanie, czy koncesjonowanie w ogóle ma jeszcze sens w realiach współczesnego rynku energii. W czasach, gdy energetyka zmierza ku rozproszeniu i decentralizacji, a każdy kilowat z OZE jest na wagę złota, obowiązek koncesyjny wydaje się jedynie biurokratycznym spowolnieniem. Nie przynosi realnej kontroli, a jedynie utrudnia wejście na rynek nowym podmiotom.
Zamiast faktycznej reformy systemu, mamy do czynienia z "korektą kosmetyczną". Przesunięcie granicy z 1 do 5 MW może objąć dodatkowe podmioty, ale to nadal zaledwie ułamek rynku. Prawdziwa deregulacja wymagałaby nie tylko zrównania limitów z energetyką konwencjonalną, ale być może nawet zniesienia koncesji tam, gdzie nie jest ona konieczna.
Bardziej szczegółowo na ten temat rozmawiamy w najnowszym odcinku Energetycznego Talk-Show:
Deregulacja? Tak, ale dla wszystkich
Jeśli równość, to dla wszystkich graczy. Obecna propozycja nie tylko nie rozwiązuje problemu, ale wręcz go utrwala. Lepszym pomysłem byłoby dokonanie przeglądu zasad koncesjonowania całego sektora energetycznego i wprowadzenie spójnych przepisów dla wszystkich typów instalacji.
Według niektórych, pułap 50 MW powinien być jednolity dla wszystkich rodzajów wytwórców energii. Takie podejście nie tylko uprościłoby system, ale też stworzyłoby równe szanse rozwoju dla OZE, które często operują na mniejszą skalę, ale są bardziej elastyczne i nowoczesne niż duzi gracze systemowi.
Czas na XXI wiek
Polski system energetyczny potrzebuje nie tylko drobnych korekt, ale fundamentalnej przebudowy. Deregulacje powinny być elementem szerszej strategii modernizacji rynku, obejmującej nie tylko instalacje OZE, ale też obrót energią i zasady dostępu do sieci.
Zamiast kurczowo trzymać się koncesji jako narzędzia kontroli, warto zadać pytanie o jej zasadność w epoce zielonej transformacji. OZE nie powinny być dłużej traktowane jak niechciane dziecko sektora energetycznego. Potrzebują jasnych i sprawiedliwych zasad gry, a nie kolejnych ograniczeń.
Jeśli rząd chce poważnie traktować cele klimatyczne i wspierać transformację energetyczną, musi odważyć się na prawdziwą deregulację. Bez niej, nawet najbardziej ambitne strategie pozostaną jedynie na papierze.